O książkach z serca, by utrwalić wrażenia
RSS
środa, 30 stycznia 2013

Arthur & George Julian Barnes

Tę książkę kupiłam nie tylko dlatego, że była w promocji, ale również dlatego, że już byłam po lekturze znakomitych powieści Updike'a Pary oraz Chatwin'a Na czarnym wzgórzu z tej samej, serii Mistrzowie prozy.


Powieść złożona jest z czterech części, a każda z nich podzielona jest na bardzo krótkie rozdzialiki, zazwyczaj odnoszące się do dwóch tytułowych bohaterów Arthura i George. Arthur- to A.C.Doyle znany głównie jako twórca Sherlocka Holmesa, George Edajli jest postacią, znaną dzisiaj, dzięki znajomości z Doyle'em, skromnym prawnikiem, angielsko-hinduskiego pochodzenia, który zostaje niesłusznie oskarżony i osądzony.

Cała historia opisana przez Barnes'a oparta jest na autentycznych wydarzeniach. Dwie pierwsze części poświęcone są obu bohaterom, poznajemy każdego z osobna, ich dzieciństwo, doświadczenia, a wreszcie dorosłe życie. W trzeciej części Barnes łączy losy obu postaci. Bardzo podoba mi się sposób przedstawienia każdego z nich, naprzemienne rysowanie postaci, pokazanie różnic pomiędzy warunkami, w których dorastali; zgrabne wplatanie ich poglądów, pasji, pomiędzy wydarzenia.
Najbardziej ekscytującymi fragmentami książki wg mnie, są te poświęcone procesowi Edajli'ego, śledztwu oraz walce o sprawiedliwość. Jednak niemniej fascynujące są te opisujące codzienność życia obu bohaterów. Myślę, że niektórym osobom, opisy procesu mogą się wydać zbyt nużące, zbyt rozwlekłe, ale ja widzę w tym jeden wielki plus, dzięki temu w pełni został oddany spokojny charakter George'a, poza tym sama mogłam wczuć się w sytuację osoby bezpodstawnie oskarżonej, jej bezradność, poczucie niesprawiedliwości.

Barnes z niesamowitą lekkością połączył w swej powieści wątki kryminalne, psychologiczne i obyczajowe. Nie znalazłam w niej zbędnych, czy nużących opisów. Urzekł mnie sposób opisywania postaci - nienachalny, prosty, wyraźny, nie narzucający z góry oceny. Ponadto Barnes ma niezwykły talent do opisywania rzeczy, które na co dzień uważam za nudne, takich jak miłość twórcy Holmes'a do krykieta czy George'a do prawa, że nie obyłam się bez pogłębienia swojej wiedzy na temat zarówno tego dziwnego dla mnie sportu, jak i zagadnień prawa związanych z koleją.

Arthur & George zajmie na mojej półce ważne miejsce, ale niestety obawiam się, że nie będę często myślami wracać do tej powieści. Pomimo tego, że czytało mi się ją bardzo przyjemnie, że dostarczyła mi wzruszeń, dreszczyku emocji, radości, to jednak jest to historia, dla mnie, w którą wchodzi się raz i już za dużo się o niej nie myśli. Nie mniej szczerze ją polecam, choćby dla poczucia samego klimatu Anglii przełomu XIX/XX wieku.

Ocena: 5,5/6


czwartek, 17 stycznia 2013

Dostałam tę książkę z dwoma innymi pod choinkę, na własne życzenie. Czytałam wiele znakomitych recenzji zwykłych czytelników, a niepochlebne opinie recenzentów, co się zowią, tylko podsyciły mój apetyt na nią.

trafny wybór

Cała opowieść rozpoczyna się od śmierci jednego ze znakomitszych radnych fikcyjnego miasteczka Pagford - Barry'ego Fairbrothera. Był to człowiek niezwykle oddany całej społeczności, a także pełen wiary w ludzi, jak mówił "Każda dusza promienieje Bożym światłem". Od momentu jego śmierci poznajemy ludzi, którzy byli związani z samym zmarłym, ale również tych, którzy w jakiś sposób byli tymi, o których walczył.
I się zaczyna. Czytając wchodzimy w świat ludzkich zagrywek, konfliktów, zwad, w świat nałogów, lęków, przemocy, wściekłości. W świat młodych, dopiero wkraczających na drogę wyborów pełnych konsekwencji, które trzeba ponieść, ale również zagubionych dojrzałych osób, które powinny wiedzieć jak postępować. Ale czy tak jest?


W połowie przeczytanej książki, miałam dość, nie stylu "matki Pottera", bo ten jest, moim zdaniem doskonały, ale tego padołu zawiści, złych decyzji, bólu objawiającego się nie rozpaczą, ale dążeniem do podłożenia świni innym. Jednak ciekawość w ostatniej chwili zatrzymała mnie przed wrzuceniem jej do zamrażarki. Historia jest tak zbudowana, że chce się wiedzieć, co dalej, czy to się wszystko rozsypie, czy może wydarzy się coś co to wszystko scali?
Nie ukrywam, że polityczna walka o władzę, momentami sprawiała, że chciałam jak najszybciej przelecieć strony poświęcone planom wyborczym, działań mającym przybliżyć postawiony sobie cel. Jednak jak już udawało mi się przebrnąć przez te, może trochę, nudnawe momenty akcja wciągała mnie tak, że sama nie wiedziałam  kiedy udało mi się książkę skończyć. Zwłaszcza ostatnie 200 stron było pasjonującą, pełną napięcia przeprawą, kiedy co raz więcej zaczęło się wyjaśniać.
Gdy już książkę skończyłam, pacnęłam się w głowę, że tak źle oceniałam wykreowane przez Rowling postacie. Prawdą jest, że są przerysowane, karykaturalne, ale patrzyłam na nich, jak na złych, pozbawionych skrupułów egoistów, bądź niezaradnych bezmyślnych ignorantów, myślałam, że o stokroć bardziej wolałabym znaleźć się w Haven Stukostrachów niż w Pagford. A z ostatnią stroną, zdałam sobie sprawę, jak prawie wszyscy, w tej opowieści byli nieszczęśliwi.I szkoda, że żeby i oni zdali sobie z tego sprawę musiało dojść do tragedii.
Myślę, że jeszcze długo mieszkańcy Pagford będą krążyć w mojej głowie, będę ich wspominać, po raz setny analizować ich wybory, a tymi za którymi tęsknić będę najbardziej są bohaterowie nastoletni. Rowling opanowała do perfekcji opisywanie świata młodych, ich przemyśleń, trosk, radości, bolączek-dla mnie w tej dziedzinie jest absolutną mistrzynią.

Moja ocena: 5/6

wtorek, 08 stycznia 2013

Usłyszałam o tej książce w audycji Kontrkultura "Czwórki". Polecały ją słowa "będziesz płakać ze śmiechu i śmiać się przez łzy", które znajdują się również na okładce.


Jednak tym, co "zmusiło" mnie do jej przeczytania, a wcześniej sprawiło, że całą sobą zapragnęłam ją mieć jest fakt, że ja też, tak jak bohater książki, w wieku 7 lat napisałam swój pierwszy wiersz. Może nie okrzyknięto mnie pisarzem rodzinnym, ale od tego momentu poczułam się kimś istotnym, wyjątkowym.

Grégoire Delacourt zaczyna snuć swoją opowieść właśnie od rzeczonego wiersza, swojego pierwszego literackiego sukcesu, a zarazem dnia literackiego "przekleństwa". Myślę, że większość z nas usłyszała słowa, które dodały nam skrzydeł, sprawiły, że poczuliśmy się na swój dziecinny sposób "wszechmogący". Jednym, gdy w miarę poprawnie zaśpiewali rymowaną piosenkę z przedszkola, wróżono karierę diw, gwiazd rocka, mających wkrótce wystąpić na sopocko-opolskich, a nawet światowych scenach. Przed drugimi, gdy swoimi małymi nóżkami posłali swoją ukochaną "bubę" do celu rysowano obraz wiwatujących kibiców na wszystkich stadionach świata, nie zapominając o własnym podwórku i wpatrzonych, zachwyconych sąsiadach. Jednak te słowa, obrazy nie zdeterminowały (przynajmniej większości z nas) naszego życia, planów, marzeń, tak jak reakcja rodziny na wiersz bohatera zdeterminowała życie Éduarda.

Odtąd, w moim odczuciu, życiem Éduarda stają się słowa, których mu brakuje, którym nie może sprostać, ktorych brak okazuje się końcem jego rodziny ("Czy jak jest cisza to znaczy, że ludzie się nie kochają?"), które przynoszą mu pieniądze, których nie potrafi właściwie użyć.

Książka Delacourt'a jest fascynującą podróżą, w której słowa są najważniejsze. Jest sentymentalna ("A potem do pokoju wszedł nasz brat, przykrył nas swoimi skrzydłami i nasze dzieciństwo zniknęło"), momentami brutalna, odpychająca, niesmaczna, gdy autor opisuje relacje z jedną ze swoich (?) bohatera kochanek "jestem twoją krową, twoją tłustą krową, żryj mnie, pieść mnie, smoktaj mnie". Ale dla mnie ta książka jest przede wszystkim smutna, nostalgiczna, czasem nie pozostawiająca cienia nadziei, przez co budząca złość, konsternacje, niezrozumienie. Oczywiście, tak jak zapowiadano, jest też pełna dowcipu, ironii, zabawnych skojarzeń "Wiesz, menneke (dzieciaku), że Francuzi od lat się z nas nabijają i opowiadają te swoje żarty o Belgach. My mamy o nich tylko jeden: dlaczego Francuzki mają małe piersi i duże sutki? [...] Bo Francuzi mają małe rączki i wielkie gęby, które im się nie zamykają".

Między innymi dlatego, pomimo niewielkiej ilości stron, rozciągałam w czasie jej czytanie. Chciałam jak najdłużej tonąć w tych wszystkich słowach, w poezji, odkrywać słowa na nowo. Jestem w tej opowieści zakochana, choć nie ślepo. Nie mogę jej jednak wiele zarzucić, bo jedyne, co mnie denerwowało, to postawa Éduarda (Szukałam informacji na temat Delacourta, potwierdzenia, że jego bohater jest jego alter ego i wiele z tego, co opisał miało miejsce w jego własnym życiu, i to poniekąd się potwierdziło), jego tchórzostwo, to, że czasami go nie rozumiałam i nie znajdowałam dla niego wytłumaczenia.

Niezmiernie się cieszę, że rozpoczęłam tą książką kolejny rok czytania, na pewno na długo zostanie w mojej głowie i sercu. Bo to jest książka, o której się myśli, śni i mówi,


Moja ocena: 6/6

| < Styczeń 2013 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Blogi, które czytam
Książki przeczytane w 2013
Książki przeczytane w 2014
Książki przeczytane w 2015
Książki przeczytane w 2016
Książki przeczytane w 2017