O książkach z serca, by utrwalić wrażenia
RSS
poniedziałek, 12 grudnia 2016

Moja miłość do Irvinga, rozkwitła wreszcie, jednym z jego tytułów na mojej półce. Ponieważ, to właśnie Modlitwa za Owena uchodzi za jedną z najbardziej znanych i najlepiej ocenianych powieści Irvinga zdecydowałam się na jej zakup. Oczywiście musiała ona trochę na tej półce przeleżeć, jak to z zakupionymi pozycjami bywa.

1

Tytułowy Owen jest najlepszym przyjacielem narratora. Jest to postać nietuzinkowa, nie tylko przez wzgląd na dość nietypową aparycję czy niski wzrost, nie tylko przez wysoki i piskliwy głos, ale głównie przez sposób bycia i niezachwianą wiarę w brak przypadku oraz celowość, która jego zdaniem określa ludzki żywot. Ta niezachwiana postawa, przede wszystkim odnosi się do jego roli, w pewnej misji, której czuje jest przeznaczony. Mianowicie Owen wierzy, że jest narzędziem w rękach Boga i jak pokazuje cała jego historia, zupełnie się nie myli. I choć kusi mnie, żeby zdradzić wszystkie momenty, w których możemy to zobaczyć, to odebrałabym całą przyjemność czytania.

W tej powieści, Irving ponownie (jakżeby inaczej) udowadnia, że jest niezwykle utalentowanym gawędziarzem. Tematy z pozoru ciężkie, dotyczące śmierci bliskich osób, wiary, wolności, wojny w Wietnamie czy imperialistycznych zapędów Stanów Zjednoczonych, przeplata anegdotami wymykającymi się naszej wyobraźni. Snuje swoją opowieść leniwie, powoli, by za chwilę zaskoczyć nas historią zupełnie kuriozalną. Przy tym wszystkim zarówno ta leniwość, jak i fragmenty bardziej nastawione na efekciarstwo nie zabierają nam możliwości zamyślenia i refleksji. Czasem tak sobie myślę, że Irving tym swoim czarnym humorem częstuje nas jak czekoladką, by zakryć gorycz całej opowieści i pozwolić nam na spojrzenie na "wszystko" z odpowiednim dystansem.

O swojej miłości do Irvinga mogłabym śpiewać w autobusach i w kolejkach do kasy. Tym bardziej cieszę się, że jeszcze tyle jego powieści przede mną oraz że istnieje nadzieja, że zaskoczy nas czymś nowym, niebawem.

 

Moja ocena:6/6


21:31, nostoja
Link Komentarze (2) »
piątek, 09 grudnia 2016

Może to kwestia atmosfery jaką przyniosła ze sobą listopadowa aura a może przedawkowanie ilości obejrzanych vlogów dotyczących tematyki horroru na youtube, ale postanowiłam sięgnąć po horrory. Nie przepadam za tym gatunkiem w filmie, ale ponieważ książkowo jest on dla mnie zupełnie nieznany, uznałam, że zmierzenie się z nim może być niezłą przygodą.Ponieważ najbardziej przeraża mnie tematyka opętania, mój wybór padł na Egzorcystę.

1

Fabuła tej książki jest zapewne większości znana, głównie za sprawą ekranizacji tej powieści. Nigdy nie widziałam filmu, bo lubię spokojnie przesypiać noce, z tego też powodu czytałam tę pozycję w dzień. Ma ona swoje momenty, które przyprawiały mnie o dreszcze i ciarki na plecach, ale ten stan przerażenia nie utrzymywał się we mnie zbyt długo. Może dlatego, że czytając bardzo łatwo jest kontrolować swoją wyobraźnię i nie odmalowywać aż tak precyzyjnie wszystkich opisów w swojej głowie. Stałym odczuciem w okresie czytania Egzorcysty na pewno był niepokój, który doprowadził do tego, że pewnego dnia jadąc metrem trafiłam na przejazd, w którym dźwięk powiadomień zagłuszały trzeszczące odgłosy z głośnika, patrząc na niezmienione żadnym grymasem twarze innych pasażerów, naszła mnie myśl, że tylko ja je słyszę. Taki mały schiz.


Spotkanie z tą pozycją na pewno mnie nie rozczarowało, a nawet sprawiło, że zapragnęłam jeszcze. Ale niestety dostrzegłam w niej kilka rzeczy, które zdecydowanie mi się nie podobały. Przede wszystkim brakowało mi pełniejszych, lepiej odmalowanych portretów psychologicznych bohaterów. Są oni trochę miałcy, a tajemniczość, którymi czasem wydają się osnuci, na tyle przejrzysta, że nie miałam ochoty jej zgłębiać. Również opisy wydarzeń wydawały mi się potraktowane zbyt skrótowo. Brakowało mi dłuższego budowania napięcia, bo czasami ledwo je poczułam a już wszystko okazywało się jasne.


Jeśli tak jak ja, nie czytacie horrorów, to niestety nie umiem powiedzieć czy ta pozycja jest dobra na początek przygody z tym gatunkiem. W sumie ja zaczęłam od Lśnienia, które mnie zachwyciło tak samo mocno jak i przeraziło, więc raczej polecałabym właśnie powieść Kinga na zaspokojenie ciekawości.


Moja ocena:3,5/6 

13:09, nostoja
Link Komentarze (2) »
środa, 23 listopada 2016

Wodnikowe Wzgórze jest książką, która przewijała się w różnych powieściach, które stanęły na mojej drodze. Stąd pojawiła się we mnie ciekawość o czym ta książka jest i wielka ochota, by ją przeczytać. Nie ukrywam też, że już sam tytuł brzmiał i nadal brzmi przeuroczo, i w jakiś sposób tajemniczo.

wodnikowe wzgórze

Powieść Adamsa opowiada historię królików, które zostały zmuszone do opuszczenia swojej królikarni i udania się na poszukiwania wzgórza z wizji jednego z królików, Piątka. Wyprawie tej dowodzi Leszczynek, brat wizjonera, który po kilku błędnych decyzjach, postanawia całkowicie zawierzyć swojemu króliczemu bratu. Króliki w swych poszukiwaniach trafiają na dwie zupełnie różne od siebie królikarnie. Pierwszą z nich jest przywodząca na myśl hippisowską komunę - spokojna, z pozoru radosna, charakteryzująca się niespotykanymi wśród innych królików zachowaniami, takimi jak: taniec, śpiew, wspólne rozmowy grupa królików. Druga zaś, rządzona przez tyrana Czyśćca, kojarzy się ze znanymi nam państwami totalitarnymi. Zwierzęta w niej mieszkające podlegają stałej kontroli i obserwacji, do tego stopnia, że nawet nie mogą jej opuścić.

Na początku mojej przygody z powieścią Adamsa miałam pewne trudności z wejściem w ten króliczy świat. Trudność ta wynikała przede wszystkim z dość topornej, jak na mój gust narracji. Z jednej strony język, którym posługuje się Adams jest bardzo obrazowy, malowniczy, dzięki niemu łąki są pięknie ukwiecone, burza przerażająca i czytelnik może się poczuć jakby czytał z okularami 3D na oczach. Z drugiej strony brakuje mu lekkości, płynności w przechodzeniu z opisu do dialogu. Na szczęście w miarę szybko się do tego przyzwyczaiłam i mogłam z ogromną przyjemnością oddać się opisywanym przygodom. 

Pomimo tego, że spotkanie z tą powieścią uważam za udane, bardzo ciężko mi o niej pisać. Nie da się nie odczuć, że została ona napisana z myślą o młodszych czytelnikach i w okazało się to dla mnie uciążliwe. Nie można zaprzeczyć, że jest to mądra, wciągająca opowieść, która przedstawiając życie i przygody królików odnosi się do tychże w świecie ludzkim. Ale gdzieś tam tli się we mnie jakiś niedosyt, zawód. Może nie ten czas, nie ta pogoda, nie ten nastrój i stąd wibrujące 'ale' w mojej głowie. I zapał do pisania o niej jakby mniejszy. Oczywiście nie uważam czasu jej poświęconego za stracony, tylko nie tak owocny, jak to sobie wyobrażałam.

 

Moja ocena:4/6

20:50, nostoja
Link Komentarze (2) »
niedziela, 30 października 2016

Ostatnimi czasy ciągle gdzieś natrafiałam na tytuły składające się na teatrologię neapolitańską. Po pierwsze w oko wpadały mi przepiękne okładki, ale tytuły poszczególnych części, raczej przywodziły mi na myśl lektury niewarte uwagi. W końcu trafiłam na wpis o jednej z nich u Ani z książkoholizmu (link od razu przenosi do świetnej relacji Ani z podróży po Neapolu dzielnicami i miejscami opisanymi w serii) i mnie wzięło, zapaliłam tak ogromną chęcią sięgnięcia po nią, że od razu zamówiłam całą tetralogię. 

Na tetralogię neapolitańską składają się takie tytuły jak: Genialna przyjaciółka, Historia nowego nazwiska, Historia ucieczki oraz Historia zaginionej dziewczynki. Całość opowiada historię przyjaźni narratorki opowieści - Eleny oraz Lili na tle przemian społecznych, politycznych, gospodarczych, technologicznych zachodzących nie tylko we Włoszech czy w Neapolu, ale całej Europie. W pierwszej z części poznajemy czasy dzieciństwa bohaterek, w kolejnej dorastanie, by następnie płynnie przejść do czasów dorosłości i początku starości. Wydarzeniem, które skłoniło narratorkę do opowiedzenia nam o swoim życiu i przyjaźni z Lilą, jest zaginięcie tej drugiej, a raczej wymazanie przez nią wszelkich śladów jej istnienia.

Ta przyjaźń jest skomplikowana i bardzo trudna. Lila od dziecka wykazująca się nadzwyczajną inteligencją i talentami wszelakimi, jest jednocześnie postacią, która często ucieka się do manipulacji, szczerą do bólu, z pozoru niezważającą na uczucia innych. Natomiast Elena, choć zdolna i ambitna, jest osobą, która sama siebie umieściła w cieniu i strefie wpływu Lilii.

Przyglądanie się tej przyjaźni na przestrzeni prawie 60 lat jest cudownym przeżyciem, ale to co najbardziej przykuwa uwagę jest to jak Neapol ożywa na stronach tej powieści. Dzielnica, z której wywodzą się nasze bohaterki staje się naszą dzielnicą. Wraz z nimi mamy możliwość doświadczenia jak żyje się w biedzie, w środowisku pełnym przemocy, wszelkich zależności pomiędzy tymi, którzy posiadają więcej a tymi, co nie posiadają nic. Elena Ferrante tak malowniczo i dosadnie opisuje to miejsce, że mam wrażenie, że ono już we mnie wsiąknęło i choć nigdy w Neapolu nie byłam, to trudno mi uwierzyć, że rzeczywisty pobyt w nim  zostawiłby we mnie tak mocny ślad.

Ta historia jest tak zdumiewająco dobrze osadzona wśród tych wszystkich przemian, które wymieniłam wcześniej, że czuć w tym wszystkim jakąś prawdę. Aż trudno uwierzyć, że autorka tę całą przyjaźń i inne osoby sobie wymyśliła, tak dobrze to się splata z autentycznymi wydarzeniami. 

Tę serię przeczytałam sięgając po części - jedną za drugą. I tak, to jest tak, że są one niesamowicie wciągające, ale nie, nie jest tak, że się przez nie bezboleśnie i bezrefleksyjnie przepływa. Brak w nich jakiegokolwiek efekciarstwa, a jednocześnie mają one coś z serialu, który chcemy wciągnąć na raz. Mnie to wszystko porwało, zachwyciło, ani na chwilę nie poczułam się znużona, zmęczona, czy zawiedziona sposobem opowiadania. Polecam!

 

Moja ocena:6/6

17:51, nostoja
Link Komentarze (2) »
niedziela, 09 października 2016

Powszechnie wiadomo, że jesienią jakoś przyjemniej sięga po kryminały. Panująca za oknem trochę bardziej mroczna aura, szelest liści, padający deszcz, krople obijające się o parapet, niższa temperatura wpędzają nas do łóżek, pod ciepły kocyk a w ręce wciskają kubek herbaty. I ta atmosfera, krótsze dnie tworzą wymarzony nastrój dla porywających kryminalnych historii. Dzięki temu zdecydowałam się sięgnąć po tytuł Śnieżka musi umrzeć i choć to czwarta część serii, zupełnie nie odczułam braku pozostałych.

1Już bardzo długo nie przebrnęłam przez książkę tak szybko. Zawalałam noce, czytałam non stop. Historia jest wciągająca, rozbudowana, a postacie tak wykreowane, że bardzo szybko stają się bliskie naszemu sercu. Co najważniejsze, choć wyczułam dość szybko, które postaci mają coś za uszami i mają znaczący udział w całej intrydze, to Neuhaus zgrabnie wyprowadziła mnie na manowce, jeśli chodzi o głównych sprawców opisywanych zbrodni. I chwała jej za to, bo choć lubię mieć rację i czuję się podbudowana, jeśli uda mi się rozwiązać zagadkę przed wyłożeniem rozwiązania przez autora, to jednak odczuwam jakiś zawód, że twórca historii nie okazał się wystarczająco przebiegły.

Oprócz wciągającej historii i przekonywających bohaterów atutem Śnieżka musi umrzeć, jest świetna narracja. Nie znalazłam w niej żadnych dłużyzn, które byłyby męczące. Neuhaus ani na moment nie gubi rytmu, nie poddaje się jakiejś ociężałości czy sztuczności w dialogach. Dzięki czemu, przez ten kryminał się przepływa jednocześnie dając się trochę zanurzyć.

Ta pozycja to świetna odskocznia od cięższych tematycznie powieści. Rozrywka, ale nie płytka czy zbyt wydumana. Zdecydowanie polecam.

 

Moja ocena:5/6

13:31, nostoja
Link Komentarze (2) »

Po zachłyśnięciu się Morfiną od razu czułam potrzebę sięgnięcia po kolejny tytuł Twardocha. I tak wybór padł na Drach. Pozycję jak się okazuje mocną i trudniejszą w odbiorze niż pierwsza.

drach

Pierwszą trudnością jaką napotkałam przy okazji tego tytułu są liczne dialogi i wstawki po śląsku oraz nietłumaczone fragmenty po niemiecku. Do tego można jednak przywyknąć i z czasem bez problemu a nawet ze zrozumieniem przebrnąć przez powieść. Drugą, która okazała się, niestety dla mnie, przeszkodą nie do przejścia jest smutek, któremu Twardoch pozwolił rozpanoszyć się na kartach Drachu. Podobny rodzaj beznadziei znalazłam już w Morfinie, ale tam sposób narracji i dość mocna postać bohatera pozwoliły mi ją udźwignąć. Tutaj została ona ukazana jako coś, co nie przemija i jest powtarzalne. Jest nierozłącznym elementem życia ludzkiego, którego na łamach tej powieści, nie można odebrać inaczej jak nic nie znaczącą chwilę, coś zupełnie bez znaczenia.

Tytułowy Drach przez połowę powieści był dla mnie ziemią, z której wszystko powstaje i do której wszystko ostatecznie powraca. A człowiek ma taką samą wagę jak kamień, drzewo, sarna. Jesteśmy wszyscy tym samym i kończymy tak samo, w ziemi. W drugiej narracja się zmienia i wszechwiedzący narrator przyjmuje rodzaj męski i jest prawdopodobnie smokiem. Jednak i on nie różnicuje życia, choć może czyni węgiel czymś, co jest jedyne, wieczne, ale to tylko moje odczucie.

Na pewno to, co w tym tytule zachwyca jest przedstawienie Śląska i wszechobecna śląskość, właśnie. Dla mnie jawi się on tutaj jako coś wręcz egzotycznego, tajemniczego, zupełnie obcego i nieodkrytego. Chyba pierwszy raz w literaturze dotyczącej polskości odczułam tak silnie inność jakiegoś regionu. Może jeszcze za mało przeczytałam, ale nawet spotykając się z literaturą zagraniczną, dotyczącą innych kultur i narodów, ta obcość tak mnie nie dotykała. Śląsk, dzięki Twardochowi zajął sobie dość dużą powierzchnię w mojej głowie i mam przeogromną chęć, na poznanie go bardziej.


Drach jest prawie tak samo zachwycający, jeśli chodzi o narrację, rytm, prowadzenie historii, jak Morfina. Ale sama historia, jej wydźwięk, w moim odczuciu, jest zbyt dołujący i w pewnym sensie niesprawiedliwy. Wywołał we mnie wewnętrzną niezgodę na traktowanie żyć ludzkich jako nic nie znaczących, niewyróżniających się niczym. Nie wymagam, żeby lektura dawała mi odpowiedzi po co żyć, czym jest życie, ale sprowadzanie tego życia do czegoś bez znaczenia budzi mój sprzeciw. I jakoś właśnie przez to, ta powieść traci.

 

Moja ocena:4,5/6

13:12, nostoja
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 września 2016

Ostatnio bardzo dużo oglądam vlogów dotyczących literatury, czytelnictwa i książek po prostu. Jednym z nich jest Bukbuk, kanał Anny Dziewit Meller. To właśnie tam Marcin Bosak przedstawił powieść Rachatłukum Jana Wolkersa i opowiedział o niej tak, że w mojej głowie pozapalały się wszystkie lampki alarmujące, że chcę, że muszę, że już natychmiast w rękach ją trzymać powinnam. I tak oto szybka wizyta w bibliotece i jest, cieniutka, że aż mi dziwnie z taką lekkością w dłoniach było.

1

W Rachatłukum narratorem jest bezimienny, główny bohater, który snuje wspomnienia, miesza przeszłość z teraźniejszością, ubiega fakty, a cały swój monolog poświęca miłości swojego życia, rudowłosej Oldze. Historia ich miłości jest pełna wulgaryzmów, wyuzdanych scen, ale też pełna opisów trywialnej codzienności, błogości chwil, tkliwego i prostego szczęścia.

Rachatłukum, fabularnie, ma wszystkie cechy, by stać się zwykłym rozdzierającym romansidłem, które zakończeniem wyciska nam łzy w oczach. Jednak świetna, bezpośrednia, wulgarna, dosadna i dosłowna narracja, sprawiają, że opowieść ta jest czymś więcej niż wyciskaczem łez. Prostota i nazywanie rzeczy po imieniu, tak jak człowiek mówi, tak jak wszystko w rzeczywistości wygląda sprawiają, że nie znajdziemy w niej wzniosłego patosu, ale historię, z którą bardzo łatwo się zjednoczymy. Jest ona na wskroś prawdziwa, niewymuszona, choć czasem takie wydają się metafory jakich używa narrator do jej przedstawienia i zobrazowania. Jest to też jedna z piękniejszych książek o miłości jaką dane było mi czytać. O tym wszystkim, co z miłością i jej ogromem się wiążę. Wspólnym spędzaniem chwil, namiętnością, porozumieniem bez słów, ale i też rozstanie, poczuciem straty, uczuciem poza zdradą, poza byciem razem.

Cudownie czyta się też anegdoty, które przytacza bohater. Zarówno te dotyczące jego wspólnego życia z Olgą, jak i te dotyczące jego teścia, które są wyjątkowo zabawne. Historie o wszystkich przygarniętych przez nich zwierzakach od kota zaczynając na mewie kończąc, są zachwycające w swej prostocie. Zobrazowany przez niego lęk Olgi do posiadania dzieci, zarówno budzi zrozumienie, jak i jego brak, przyczyny tego lęku wydają się irracjonalne, a z drugiej strony są bardzo ludzkie. Wolkers w moim odczuciu jednocześnie zna kobiety bardzo dobrze, świetnie interpretuje ich zachowanie, i zupełnie nic o nich nie wie. Ta dwoistość wydaje się naturalna i wywołała u mnie coś na kształt zaufania do autora.

Jan Wolkers w tej krótkiej powieści zmieścił historię dużego kalibru. I można przyczepić się, że język zbyt dosadny, że narracja pierwszoosobowa, że brak dialogów, że przedstawienie teściowej zbyt stereotypowe. Tylko czy bez tej pierwszoosobowej relacji tak bym odczuła siłę tęsknoty i uczucia żywionych przez bohatera do Olgi? Czy bez tej dosadności dalej tak by mnie ta historia poruszała? Myślę, że nie. Gorąco polecam.

Moja ocena:6/6

11:13, nostoja
Link Komentarze (2) »
niedziela, 25 września 2016

Obiecywałam sobie od premiery tej książki, że po nią sięgnę i tak rok po roku. A teraz w końcu, plan wykonany. I oby więcej w przyszłości tak miłego wykonywania planów, bo jestem tą książką zachwycona, kupiona bez reszty i tak, Panie Twardoch, Kocham Pana.

1morfina

Nie będę przybliżać fabuły tej powieści. Nie będę pisać, że jest skandaliczna, bo zupełnie tak jej nie odebrałam. Napiszę, że się wciągnęłam od pierwszej linijki, pokochałam głównego bohatera, choć nie jest to postać, którą łatwo polubić a co dopiero pokochać. Czułam się rozerwana i rozgoryczona, gdy tylko skończyłam czytać. Pragnę więcej takiej narracji, więc biblioteko zbliżam się po więcej Twardocha, bo Morfina już mnie od niego uzależniła.


Odebrałam tę powieść jako historię poszukiwania największej wartości, odkrywanie czym ona jest. I w moim odczuciu jest to życie właśnie. Nie ojczyzna, nie rodzina, nic co jest poza nami. Choć też, w pewnym sensie, ten ostateczny wydźwięk tej powieści wyraża się dla mnie w tekście Hey:

Jesteś jak sen
Drzemka z której świat
Obudzi się
I będzie trwał... 

Poza tym, to jak Twardoch prowadzi nas przez okupowaną Warszawę, ten język mocny, barwny sprawia, że tam jesteśmy. Włóczymy się po tej "zgwałconej" stolicy, pijani, brudni, szukający "siebie". Zostajemy przenicowani w głównego bohatera i los innych postaci nie interesuje nas bardziej niż jego samego. Na nim jest położony ciężar tej powieści, co tam Polska, co tam wojna, on jeden się liczy.

Mogłabym nie kończyć zachwytów, rozpisywać się i tworzyć teorie, i interpretacje. Ale czy nie wystarczy, że jestem zakochana, porwana i całkowicie oddana tej historii? Cudna. Warto. Trzeba.

 

Moja ocena:6/6

16:55, nostoja
Link Komentarze (2) »
środa, 14 września 2016
W ostatnim miesiącu sięgnęłam po dwie książki, teoretycznie będące poza kręgiem moich zainteresowań i książek, po które zazwyczaj sięgam. Pierwszą z nich są Przesłania i znaki z Kosmosu Ericha von Dänikena, w której to zawarł zaktualizowane teorie ze swoich sześciu, uznanych za najlepsze, książek:Wspomnienia z przyszłości, Z powrotem do gwiazd, Strategia bogów, Dowody, Podróż na Kiribati, Siejba i Kosmos. Autor ten został mi polecony przez znajomego mojej rodziny, który reklamował go jako pisarza, który bardzo skutecznie, w pewnym okresie, zakręcił jego snami. Moimi snami aż tak nie zakręcił, oprócz hologramowego statku kosmicznego, większych zawirowań nie było, ale na pewno trochę mną wstrząsnął i skierował moje myśli na nieznane mi dotąd tory.
środa, 24 sierpnia 2016

Ostatnio wpadła mi w ręce czwarta część Millennium. Zupełnie nie zamierzałam w najbliższym czasie po nią sięgać. Głównym tego powodem był fakt, że została ona napisana, z wiadomych względów, przez zupełnie innego autora. Co więcej Stieg Larsson na pewno nie zamierzał skierować tej historii w kierunku obranym przez Lagercrantza. Jednak ciekawość wzięła górę i muszę szczerze przyznać, że się nie zawiodłam.

millennium

Trylogia Larssona zachwyciła zarówno moich rodziców, jak i mnie. Pamiętam czytanie po nocach mojego taty, byle by tylko każdy z nas miał możliwość jak najszybszego poznania końca tej historii. Czytaliśmy bez wytchnienia i z wypiekami na twarzy, a potem z ogromną przyjemnością obejrzeliśmy jej szwedzką ekranizację. Czwarta część już nie wciągnęła nas tak bardzo, przynajmniej na początku. Historia stworzona przez Lagercrantza zdecydowanie nie porywa od samego początku. Trochę się wlecze, ciągnie a kolejne zdarzenia podawane są jakby zbyt obliczalnie. Jednak już druga połowa porywa i trzyma w napięciu.

Trochę zawodzi zbudowanie postaci. Są trochę płaskie i tak naprawdę oprócz tych najbliższych sercom fanów Millennium, czyli Lisbeth i Mikaela, nie znalazłam tutaj nikogo kto jakoś by mnie porwał i stał mi się bliski. Sama Lisbeth została też odarta ze swojej wyjątkowości, czegoś zdecydowanie jej tutaj brakuje.

Podsumowując czwarta część na pewno nie zawodzi. Oczywiście z większą przyjemnością i ciekawością przeczytałabym kolejne losy bohaterów Millennium, gdyby ukazały się dokończone zamysły Larssona. Jednak mamy, co mamy i jest to kawał wciągającej historii. 

 

Moja ocena: 4/6

16:46, nostoja
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Blogi, które czytam
Książki przeczytane w 2013
Książki przeczytane w 2014
Książki przeczytane w 2015
Książki przeczytane w 2016
Książki przeczytane w 2017