O książkach z serca, by utrwalić wrażenia
RSS
czwartek, 21 lutego 2013

Żeby sięgać po Murakamiego nie muszę mieć żadnych szczególnych powodów (nawet specjalnej ochoty), czy być kierowaną z czyjegoś polecenia. Nie należę też do grupy jego wielkich fanów, którzy wpadają w ciągi czytania wszystkich jego powieści, ale Zniknięcie Słonia to trzeci zbiór opowiadań Japończyka, który posiadam i moim zdaniem najlepszy. W tym zbiorze znajdują się opowiadania, o których zaraz po przeczytaniu nie umiałabym za dużo powiedzieć, ale są i takie, które strasznie mnie wciągnęły i utknęły w pamięci. Są takie, których treść wydała mi się banalna, naciągana i denerwująca, ale też takie, które czytało mi się płynnie, przyjemnie, z nieukrywaną ciekawością i podziwem dla pomysłu. I tych "lepszych" znajduje się w tym zbiorze więcej.

znikniecie

W Murakamim lubię właśnie to, że nigdy do końca nie jestem nim zachwycona, przez co wydaje mi się bardzo prawdziwy i ludzki. Ma momenty słabsze i momenty znakomite. Jednak tym, co niezmiennie mnie fascynuje jest świat, który kreuje - magiczny, na granicy snu.

To, co mnie zachwyca, to to, że czytając wchodzimy w ten magiczny świat, zdaje nam się, że jesteśmy jedynie biernymi obserwatorami, gdy znienacka narrator zwraca się bezpośrednio do nas pisząc pewnie nie zrozumiesz, albo może Ty tez tak miałeś, albo "myślę, że gdybyś znalazł się w mojej sytuacji", i w takich momentach mam poczucie, że zostałam złapana na gorącym uczynku, podsłuchiwałam z ukrycia, a tutaj nagle ktoś mnie zdemaskował. Ma się wówczas poczucie namacalnego kontaktu z autorem, bohaterem narracji, to uczucie porównałabym do przyłapania na przyglądaniu się komuś od dłuższego czasu, gdy ten ktoś obcy nagle spojrzy nam w oczy. Czuję się wtedy naga.

Do moich ulubionych opowiadań z tego zbioru należy Lederhosen, które oczarowało mnie pomysłem - spodnie na szelkach, które kojarzą mi się z Octoberfest i wałkowanym hajli hajlo przez moich sąsiadów, stają się przyczyną do odejścia żony od męża, rzeczą, która przeważa szalę goryczy, niewypowiedzianego rozczarowania drugą osobą. Albo znakomite Tańczący karzeł, gdzie bohater pracuje w fabryce tworzącej słonie od nowa, z 1 - pięć. Obmyślenie procesu tworzenia każdej części słonia na nowo, uszu, głowy, szlifowanie paznokci, wkłuwanie włosów do trąby zakrawa o szaleństwo. Albo TV people, w którym pojawienie się w domu telewizora jest preludium do zakończenia małżenstwa, końcem czegoś, co wydawało się stałe.
Murakami ma również tę niesamowitą zdolność prowadzenia narracji, zarówno jako kobieta, jak i mężczyzna. I co więcej, gdy pisze z punktu widzenia kobiety (np.opowiadania Sen, Zielony Zwierz) czytając nigdy nie czuję w tym fałszu czy przesadzonego wcielania się w inną płeć, co więcej wierzę, że jest kobietą.

Uwielbiam w prozie Murakamiego to, że z takim namaszczeniem opisuje codzienne czynności, gotowanie makaronu, zaparzanie herbaty, dobieranie stroju czy koszenie trawy, stają się namacalne. Wydawałoby się, że wystarczyłoby napisać kosiłem trawę i czytelnik już widzi tę czynność, ale autor "Norwegian Wood" opisuje kawałek po kawałku, budowę kosiarki, czynności od włączenia do wyrzucania skoszonej trawy. A ja to uwielbiam, smakowanie się w każdym geście, w każdym kęsie potrawy, w każdej wyuczonej, mechanicznej czynności.

 

Myślę, że prozy Murakamiego nie można ani polecać, ani odradzać. Bo ci, co już go znają albo go uwielbiają, albo nienawidzą, a ci którzy jeszcze go nie poznali i tak powinni po niego sięgnąć.

 

PS. Taka mała ciekawostka. Na obwolucie napisano "Dziewczyna odkrywa, że budzący grozę zielony zwierz, który rozkopuje ogródek, jest w niej zakochany, a ona nie potrafi mu się oprzeć". Zdradzę tylko, że do momentu przeczytania opowiadania, o którym traktuje to zdanie, zupełnie inaczej rozumiałam słowa nie móc się oprzeć.

 

Moja ocena: 5/6

wtorek, 19 lutego 2013

Jest to książka, po którą ze względu na nieatrakcyjny tytuł pewnie sama z siebie bym nie sięgnęła (niestety). Jednak recenzja autorki miasta książek, tak mnie zaintrygowała, że musiałam po nią sięgnąć.


pippa lee
Tytułowa Pippa doskonale spełnia się w roli przykładnej (perfekcyjnej) pani domu, żony starszego już człowieka i matki bliźniąt Po przeprowadzce do cichej dzielnicy dla bogatych emerytów, gdzie wszystkie domy wyglądają tak samo, a trawniki są równo przystrzyżone, pewnego dnia zadaje sobie pytanie jak znalazła się w tym miejscu.
Od tego momentu wchodzimy w świat jej wspomnień, dzięki którym poznajemy dawną Pippę, która różni się od tej teraźniejszej o 180 stopni, a także jej relacje z najbliższymi. Czytając poddałam się zdjęciu z okładki, widziałam kobietę siedzącą na łóżku, zapatrzoną w jeden punkt, a jej wspomnienia przesuwały się jak na projektorze, klatka po klatce. Czasem leniwie, żółwim tempem pojawiały się w mojej głowie pojedyncze oddzielne obrazy, a czasem galopujące niczym błyski kliszy - alkoholowe, zadymione, przećpane myśli.

Podoba mi się układ książki, podział na krótkie, trafnie zatytułowane rozdziały. Rebecca Miller używa ujmujących, trafnych porównań i metafor, jak np. "[...] by poczuła ołowianą pieczęć w trzewiach i odcięła się od podmiotu miłosnych starań niczym parówka odcięta nożyczkami w przewężeniu od drugiej".

Powieść czyta się na jednym oddechu, często jest nieprzyjemna, ale historia wciągnęła mnie tak bardzo, że w najbliższym czasie planuję do niej wrócić, ale już w postaci obrazu, gdyż została zekranizowana.

Moja ocena: 6/6

"Ten, któremu starczy odwagi i wytrwałości, by przez całe życie wpatrywać się w mrok, pierwszy dojrzy w nim przebłysk światła"

 

Metro 2033

Po tę książkę sięgnęłam za namową mojego kolegi z pracy, wielkiego fana gier historycznych i fantasy. Dlatego mniej więcej wiedziałam czego się po niej spodziewać.
Metro 2033 przedstawia Rosję po wojnie atomowej, w której życie przeniosło się do podziemnych tuneli metra. Oprócz zwykłych ludzi walczących o przetrwane, mamy tutaj mutanty, dziwne gęste substancje powodujące halucynacje, a poza tym komunistów, faszystów, bractwa, dzikich, a nawet satanistów.

Przemierzamy tunele wraz z głównym bohaterem Artemem, który wypełnia misję powierzoną mu przez Huntera - musi dostarczyć wiadomość człowiekowi mieszkającemu na odległej, trudno dostępnej stacji Polis.

Atmosfera powieści stworzona przez Głuchowskiego cały czas nasuwała mi skojarzenia ze Zmorojewem Żulczyka, choć ono jest zupełnie o czymś innym, to jednak sposób narracji, kreacja i wiek bohaterów sprawiały wrażenie, że jest to książka skierowana do nastolatków. Co nie jest wadą i nie świadczy o niższym poziomie powieści.

Szorstkość, pustka, bezkresna ciemność łamana światłem jedynie w ciągu "umownego" dnia na stacjach, życia w metrze zostały perfekcyjnie przedstawione przez autora. Drążyłam tę książkę jak kret, nasłuchując słowa, czekając z lękiem i niecierpliwością, kto lub co znów stanie na drodze Artema. Sama postać głównego bohatera była mi tak bliska, że zlewałam się z nim w jedno, to nie on wypełniał misję tylko ja.

Bardzo podobało mi się przedstawienie różnych grup zamieszkujących metro, ich postaw, sposobów szukania dróg/światła do wyzwolenia z podziemia/wszechobecnego mroku.Jedni szukali wyjścia w polityce, podziale rasowym, inni żyli wspomnieniami, a jeszcze inni w bogach. Jednak jak pisze autor "Każda wiara służyła człowiekowi tylko jako laska, która podtrzymywała, by nie upaść i pomagała wstać, kiedy ludzie jednak się potykali i przewracali".

W Metrze 2033 przedstawiona jest także wielka miłość do książek, mieszkańcy traktowali je jak świętość, jedną z ostatnich gałęzi łączących ich ze światem, który został zniszczony, pamiątkę ("[...]mieszkańcy stacji odnosili się do książek tak, że nawet z najbardziej bezużytecznej książki w bibliotece nikt nigdy nie wyrwał ani stroniczki")

Polecam ją wszystkim, którzy mają ochotę na przeżycie niesamowitej przygody, którzy są ciekawi jak może wyglądać życie po katastrofie atomowej i tym lubiącym zaskakujące zakończenia.

Moja ocena: 5/6

niedziela, 03 lutego 2013

Na tę książkę wreszcie przyszedł czas, po 5 latach leżenia na półce i po moich 3 nieudanych podejściach do jej przeczytania, należało jej się. Debiut Deresza, 17 - letniego w momencie jego pisania, opowiada o Jurko Banzaju, studencie biologii, który w ramach studenckich praktyk przyjeżdża do małego górskiego miasteczka wykładać swój przedmiot. Tutaj zakochuje się w Darcii Borges, jednej ze swych uczennic, z którą łączy go zjawisko "świadomego śnienia", w którym to przenoszą się do innego wymiaru, pełnego pradawnych bogów, którzy za ich pomocą chcą przejść do ludzkiej rzeczywistości i stoczyć do końca - odwieczną walkę z dobrem.

Niepodważalnym atutem "Kultu" jest język, błyskotliwy, sprawiający, że książka sama się czyta. Po mimo tego, książka nie do końca mnie urzekła, Lubko umie pisać, ale historia sama w sobie mnie nie wciągnęła, nie przewracałam z niecierpliwością kartek, nie czekałam na to, co będzie dalej. Brakowało mi jakiegoś napięcia, nie przywiązałam się do postaci. Co prawda, zdarzały się momenty interesujące, wciągające. Takim fragmentem jest rozmowa Banzaja ze starym hipisem i prawie cała trzecia część "Godzina Magii", tutaj wszystko działa, splata się w całość. Ale znowu im bliżej końca, tym bardziej, w moim odczuciu, pióro autora niecierpliwie gna ku końcowi, przez co, wszystko znowu traci formę.

Debiut Deresza, jest dla mnie, trochę lekturą, którą czytałam za karę, beznamiętnie śledząc słowa. Tak jak wspomniałam ostatnia część przynosi oczekiwane napięcie, ale koniec jest spłycony i w moim odczuciu autor za bardzo skrócił akcję. A szkoda.

Ważnym elementem "Kultu" (moim zdaniem) są świetne, błyskotliwe opisy, takie jak "Ludzie szaleli maksymalnie, muzyka obiecywała wyrywać bebechy i rozmazać je przepięknymi alternatywno-awangardowymi smugami po ścianach sali gimnastycznej" czy określenia "Jej serce jak harfa: ledwie dotkniesz- odezwie się". Jednak i ten atut autora z czasem słabnie, by ostatecznie poczęstować nas niezjadliwym opisem: "Darcia otworzyła oczy, ale zamiast ponurych sklepień piwnicznego sufitu zobaczyła niebo. Niebieskie, całe w pierzastych chmureczkach, głębokie niebo koloru wytartego dżinsu. [...] Słońca brakowało, ale nie było żadnych wątpliwości, iż po prostu schowało się za pieluszką chmur".

 

Niemniej polecam "Kult", nie tylko dlatego, że autor napisał ją w wieku 17 lat, ale również dlatego, że jego lektura przywołała we mnie wspomnienia pierwszych spotkań z piórem Nahacza i Masłowskiej.

 

Moja ocena: 4/6

środa, 30 stycznia 2013

Arthur & George Julian Barnes

Tę książkę kupiłam nie tylko dlatego, że była w promocji, ale również dlatego, że już byłam po lekturze znakomitych powieści Updike'a Pary oraz Chatwin'a Na czarnym wzgórzu z tej samej, serii Mistrzowie prozy.


Powieść złożona jest z czterech części, a każda z nich podzielona jest na bardzo krótkie rozdzialiki, zazwyczaj odnoszące się do dwóch tytułowych bohaterów Arthura i George. Arthur- to A.C.Doyle znany głównie jako twórca Sherlocka Holmesa, George Edajli jest postacią, znaną dzisiaj, dzięki znajomości z Doyle'em, skromnym prawnikiem, angielsko-hinduskiego pochodzenia, który zostaje niesłusznie oskarżony i osądzony.

Cała historia opisana przez Barnes'a oparta jest na autentycznych wydarzeniach. Dwie pierwsze części poświęcone są obu bohaterom, poznajemy każdego z osobna, ich dzieciństwo, doświadczenia, a wreszcie dorosłe życie. W trzeciej części Barnes łączy losy obu postaci. Bardzo podoba mi się sposób przedstawienia każdego z nich, naprzemienne rysowanie postaci, pokazanie różnic pomiędzy warunkami, w których dorastali; zgrabne wplatanie ich poglądów, pasji, pomiędzy wydarzenia.
Najbardziej ekscytującymi fragmentami książki wg mnie, są te poświęcone procesowi Edajli'ego, śledztwu oraz walce o sprawiedliwość. Jednak niemniej fascynujące są te opisujące codzienność życia obu bohaterów. Myślę, że niektórym osobom, opisy procesu mogą się wydać zbyt nużące, zbyt rozwlekłe, ale ja widzę w tym jeden wielki plus, dzięki temu w pełni został oddany spokojny charakter George'a, poza tym sama mogłam wczuć się w sytuację osoby bezpodstawnie oskarżonej, jej bezradność, poczucie niesprawiedliwości.

Barnes z niesamowitą lekkością połączył w swej powieści wątki kryminalne, psychologiczne i obyczajowe. Nie znalazłam w niej zbędnych, czy nużących opisów. Urzekł mnie sposób opisywania postaci - nienachalny, prosty, wyraźny, nie narzucający z góry oceny. Ponadto Barnes ma niezwykły talent do opisywania rzeczy, które na co dzień uważam za nudne, takich jak miłość twórcy Holmes'a do krykieta czy George'a do prawa, że nie obyłam się bez pogłębienia swojej wiedzy na temat zarówno tego dziwnego dla mnie sportu, jak i zagadnień prawa związanych z koleją.

Arthur & George zajmie na mojej półce ważne miejsce, ale niestety obawiam się, że nie będę często myślami wracać do tej powieści. Pomimo tego, że czytało mi się ją bardzo przyjemnie, że dostarczyła mi wzruszeń, dreszczyku emocji, radości, to jednak jest to historia, dla mnie, w którą wchodzi się raz i już za dużo się o niej nie myśli. Nie mniej szczerze ją polecam, choćby dla poczucia samego klimatu Anglii przełomu XIX/XX wieku.

Ocena: 5,5/6


czwartek, 17 stycznia 2013

Dostałam tę książkę z dwoma innymi pod choinkę, na własne życzenie. Czytałam wiele znakomitych recenzji zwykłych czytelników, a niepochlebne opinie recenzentów, co się zowią, tylko podsyciły mój apetyt na nią.

trafny wybór

Cała opowieść rozpoczyna się od śmierci jednego ze znakomitszych radnych fikcyjnego miasteczka Pagford - Barry'ego Fairbrothera. Był to człowiek niezwykle oddany całej społeczności, a także pełen wiary w ludzi, jak mówił "Każda dusza promienieje Bożym światłem". Od momentu jego śmierci poznajemy ludzi, którzy byli związani z samym zmarłym, ale również tych, którzy w jakiś sposób byli tymi, o których walczył.
I się zaczyna. Czytając wchodzimy w świat ludzkich zagrywek, konfliktów, zwad, w świat nałogów, lęków, przemocy, wściekłości. W świat młodych, dopiero wkraczających na drogę wyborów pełnych konsekwencji, które trzeba ponieść, ale również zagubionych dojrzałych osób, które powinny wiedzieć jak postępować. Ale czy tak jest?


W połowie przeczytanej książki, miałam dość, nie stylu "matki Pottera", bo ten jest, moim zdaniem doskonały, ale tego padołu zawiści, złych decyzji, bólu objawiającego się nie rozpaczą, ale dążeniem do podłożenia świni innym. Jednak ciekawość w ostatniej chwili zatrzymała mnie przed wrzuceniem jej do zamrażarki. Historia jest tak zbudowana, że chce się wiedzieć, co dalej, czy to się wszystko rozsypie, czy może wydarzy się coś co to wszystko scali?
Nie ukrywam, że polityczna walka o władzę, momentami sprawiała, że chciałam jak najszybciej przelecieć strony poświęcone planom wyborczym, działań mającym przybliżyć postawiony sobie cel. Jednak jak już udawało mi się przebrnąć przez te, może trochę, nudnawe momenty akcja wciągała mnie tak, że sama nie wiedziałam  kiedy udało mi się książkę skończyć. Zwłaszcza ostatnie 200 stron było pasjonującą, pełną napięcia przeprawą, kiedy co raz więcej zaczęło się wyjaśniać.
Gdy już książkę skończyłam, pacnęłam się w głowę, że tak źle oceniałam wykreowane przez Rowling postacie. Prawdą jest, że są przerysowane, karykaturalne, ale patrzyłam na nich, jak na złych, pozbawionych skrupułów egoistów, bądź niezaradnych bezmyślnych ignorantów, myślałam, że o stokroć bardziej wolałabym znaleźć się w Haven Stukostrachów niż w Pagford. A z ostatnią stroną, zdałam sobie sprawę, jak prawie wszyscy, w tej opowieści byli nieszczęśliwi.I szkoda, że żeby i oni zdali sobie z tego sprawę musiało dojść do tragedii.
Myślę, że jeszcze długo mieszkańcy Pagford będą krążyć w mojej głowie, będę ich wspominać, po raz setny analizować ich wybory, a tymi za którymi tęsknić będę najbardziej są bohaterowie nastoletni. Rowling opanowała do perfekcji opisywanie świata młodych, ich przemyśleń, trosk, radości, bolączek-dla mnie w tej dziedzinie jest absolutną mistrzynią.

Moja ocena: 5/6

wtorek, 08 stycznia 2013

Usłyszałam o tej książce w audycji Kontrkultura "Czwórki". Polecały ją słowa "będziesz płakać ze śmiechu i śmiać się przez łzy", które znajdują się również na okładce.


Jednak tym, co "zmusiło" mnie do jej przeczytania, a wcześniej sprawiło, że całą sobą zapragnęłam ją mieć jest fakt, że ja też, tak jak bohater książki, w wieku 7 lat napisałam swój pierwszy wiersz. Może nie okrzyknięto mnie pisarzem rodzinnym, ale od tego momentu poczułam się kimś istotnym, wyjątkowym.

Grégoire Delacourt zaczyna snuć swoją opowieść właśnie od rzeczonego wiersza, swojego pierwszego literackiego sukcesu, a zarazem dnia literackiego "przekleństwa". Myślę, że większość z nas usłyszała słowa, które dodały nam skrzydeł, sprawiły, że poczuliśmy się na swój dziecinny sposób "wszechmogący". Jednym, gdy w miarę poprawnie zaśpiewali rymowaną piosenkę z przedszkola, wróżono karierę diw, gwiazd rocka, mających wkrótce wystąpić na sopocko-opolskich, a nawet światowych scenach. Przed drugimi, gdy swoimi małymi nóżkami posłali swoją ukochaną "bubę" do celu rysowano obraz wiwatujących kibiców na wszystkich stadionach świata, nie zapominając o własnym podwórku i wpatrzonych, zachwyconych sąsiadach. Jednak te słowa, obrazy nie zdeterminowały (przynajmniej większości z nas) naszego życia, planów, marzeń, tak jak reakcja rodziny na wiersz bohatera zdeterminowała życie Éduarda.

Odtąd, w moim odczuciu, życiem Éduarda stają się słowa, których mu brakuje, którym nie może sprostać, ktorych brak okazuje się końcem jego rodziny ("Czy jak jest cisza to znaczy, że ludzie się nie kochają?"), które przynoszą mu pieniądze, których nie potrafi właściwie użyć.

Książka Delacourt'a jest fascynującą podróżą, w której słowa są najważniejsze. Jest sentymentalna ("A potem do pokoju wszedł nasz brat, przykrył nas swoimi skrzydłami i nasze dzieciństwo zniknęło"), momentami brutalna, odpychająca, niesmaczna, gdy autor opisuje relacje z jedną ze swoich (?) bohatera kochanek "jestem twoją krową, twoją tłustą krową, żryj mnie, pieść mnie, smoktaj mnie". Ale dla mnie ta książka jest przede wszystkim smutna, nostalgiczna, czasem nie pozostawiająca cienia nadziei, przez co budząca złość, konsternacje, niezrozumienie. Oczywiście, tak jak zapowiadano, jest też pełna dowcipu, ironii, zabawnych skojarzeń "Wiesz, menneke (dzieciaku), że Francuzi od lat się z nas nabijają i opowiadają te swoje żarty o Belgach. My mamy o nich tylko jeden: dlaczego Francuzki mają małe piersi i duże sutki? [...] Bo Francuzi mają małe rączki i wielkie gęby, które im się nie zamykają".

Między innymi dlatego, pomimo niewielkiej ilości stron, rozciągałam w czasie jej czytanie. Chciałam jak najdłużej tonąć w tych wszystkich słowach, w poezji, odkrywać słowa na nowo. Jestem w tej opowieści zakochana, choć nie ślepo. Nie mogę jej jednak wiele zarzucić, bo jedyne, co mnie denerwowało, to postawa Éduarda (Szukałam informacji na temat Delacourta, potwierdzenia, że jego bohater jest jego alter ego i wiele z tego, co opisał miało miejsce w jego własnym życiu, i to poniekąd się potwierdziło), jego tchórzostwo, to, że czasami go nie rozumiałam i nie znajdowałam dla niego wytłumaczenia.

Niezmiernie się cieszę, że rozpoczęłam tą książką kolejny rok czytania, na pewno na długo zostanie w mojej głowie i sercu. Bo to jest książka, o której się myśli, śni i mówi,


Moja ocena: 6/6

1 ... 16
 
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Blogi, które czytam
Książki przeczytane w 2013
Książki przeczytane w 2014
Książki przeczytane w 2015
Książki przeczytane w 2016
Książki przeczytane w 2017