O książkach z serca, by utrwalić wrażenia
RSS
środa, 24 sierpnia 2016

Ostatnio wpadła mi w ręce czwarta część Millennium. Zupełnie nie zamierzałam w najbliższym czasie po nią sięgać. Głównym tego powodem był fakt, że została ona napisana, z wiadomych względów, przez zupełnie innego autora. Co więcej Stieg Larsson na pewno nie zamierzał skierować tej historii w kierunku obranym przez Lagercrantza. Jednak ciekawość wzięła górę i muszę szczerze przyznać, że się nie zawiodłam.

millennium

Trylogia Larssona zachwyciła zarówno moich rodziców, jak i mnie. Pamiętam czytanie po nocach mojego taty, byle by tylko każdy z nas miał możliwość jak najszybszego poznania końca tej historii. Czytaliśmy bez wytchnienia i z wypiekami na twarzy, a potem z ogromną przyjemnością obejrzeliśmy jej szwedzką ekranizację. Czwarta część już nie wciągnęła nas tak bardzo, przynajmniej na początku. Historia stworzona przez Lagercrantza zdecydowanie nie porywa od samego początku. Trochę się wlecze, ciągnie a kolejne zdarzenia podawane są jakby zbyt obliczalnie. Jednak już druga połowa porywa i trzyma w napięciu.

Trochę zawodzi zbudowanie postaci. Są trochę płaskie i tak naprawdę oprócz tych najbliższych sercom fanów Millennium, czyli Lisbeth i Mikaela, nie znalazłam tutaj nikogo kto jakoś by mnie porwał i stał mi się bliski. Sama Lisbeth została też odarta ze swojej wyjątkowości, czegoś zdecydowanie jej tutaj brakuje.

Podsumowując czwarta część na pewno nie zawodzi. Oczywiście z większą przyjemnością i ciekawością przeczytałabym kolejne losy bohaterów Millennium, gdyby ukazały się dokończone zamysły Larssona. Jednak mamy, co mamy i jest to kawał wciągającej historii. 

 

Moja ocena: 4/6

16:46, nostoja
Link Komentarze (1) »
wtorek, 16 sierpnia 2016

Wracając z wakacji postanowiłam, że na tak długą podróż w samochodzie zabiorę ze sobą coś co szybko i łatwo się czyta. Nie jest tajemnicą, że jestem wielką fanką serii Miniera z Martinem Servazem, więc wybór padł na tego autora. Paskudna historia nie jest kolejną częścią serii, ale mojemu tacie bardzo się podobała.

11

Akcja poprzednich książek Miniera rozgrywała się we Francji, tym razem autor zabiera nas do małego miasteczka w Stanach Zjednoczonych. Wprowadza nas w atmosferę pełną niepokoju i tajemniczości poprzez przybliżenie nam orek oraz porównanie ich z człowiekiem. Ta metafora rzeczywiście narobiła mi smaku. Również zwłoki młodej dziewczyny, jej nagła i niewyjaśniona śmierć budzą niepokój i chęć na trwanie w takiej powolnie ciągniętej narracji.

Jednak Minier na tym nie zaprzestaje. Dodaje kolejne postaci, których przeszłość, zajęcie, siła wpływów wydaje się przerysowana. Również ilość zdarzeń, ciągłe zaskoczenia sprawiają, że cała ta historia zaczyna wymykać się prawdopodobieństwu. Jednocześnie czytamy z zapartym tchem, chcąc wiedzieć co dalej nastąpi i zastanawiamy się, ile jeszcze można wcisnąć w tę opowieść amerykańskiego stylu prowadzenia akcji z filmów klasy B.

Oczywiście jak na Miniera przystało całość czyta się bardzo dobrze. Nie unika on zadawania trudnych pytań, tutaj najbardziej rzucające się w oczy - o prywatność w sieci, a raczej jej brak. Ale to wszystko jest tak nieprawdopodobne, że to zarysowane na początku poczucie niepokoju i tajemniczości zostaje zabite przez zbyt wartką akcję. A szkoda. Jednak nie mam poczucia straconego czasu. Czytało się tę powieść naprawdę szybko a i podróż szybciej minęła.

Moja ocena:3/6

12:31, nostoja
Link Komentarze (2) »
wtorek, 09 sierpnia 2016

Już sama nie pamiętam, co w końcu spowodowało, że sięgnęłam po tę książkę. Może słowo Romans i świadomość, że w jej wypadku nie grozi mi zniesmaczenie słabym językiem i nagromadzeniem szmirowatych opisów? Najważniejsze, że po nią sięgnęłam a naprawdę warto.


Tytułowe opętanie można rozumieć dwojako. Odnosi się ono zarówno do usidlenia przez namiętność, emocje i uczucia do drugiej osoby, jak i do silnej chęci poznania życia, w tym przypadku poetów, których dotychczas badacze znali z innej strony. Powieść ta toczy się w dwóch przedziałach czasowych. Jeden z nich przypada na lata 50 XIX wieku, a drugi na lata 80 wieku minionego. W pierwszym poznajemy losy Romansu poety - wcześniej uważanego za wiernego męża i poetki - uważanej za przedstawicielkę poezji lesbijskiej. W drugim jesteśmy świadkami jakie emocje i zabiegi może wywołać wśród badaczy literatury 
odkrycie prywatnych, zakazanych listów ich obiektów badań.

Powieść ta jest pełna listów, nawiązań do mitologii nordyckiej, bretańskiej, poematów, wierszy, dzienników. Ciągnie się powoli, by raz za razem przyspieszyć i przyprawić nas o rumieńce, przyspieszone bicie serce. Naprawdę bardzo długo nie miałam takiej przyjemności z czytania o uczuciach. Ten romans jest tutaj tak namacalny, budzący zachwyt, niepokój. Nie jest spłycony ani usprawiedliwiony, jednocześnie bolesny i cudowny. A to wszystko okraszone pięknymi wierszami i świetnymi poematami, które nabierają; dzięki zestawieniu ich z komentarzami ich autorów, interpretacjami; jeszcze większej głębi. A przecież tak łatwo można je było przez taki zabieg odrzeć z tajemnicy.


Jestem wciąż poruszona i zachwycona tą powieścią. Jest to fascynująca uczta. Mistrzowsko napisana, piękna, poetycka, poruszająca pozycja. Zdecydowanie polecam.

 

Moja ocena:6/6

12:44, nostoja
Link Komentarze (2) »
wtorek, 12 lipca 2016

Mag od dłuższego czasu przewijał się w moich planach czytelniczych. Tym, co w końcu popchnęło mnie w jego objęcia, był bardzo dobry tekst na jego temat - Adriana z tramwajnr4. I nie mogę wyjść z wrażenia jakie ta powieść na mnie zrobiła. Och, ile emocji, ile rozterek, ile zaskoczeń i rozczarowań!

John Fowles w tej powieści wciąga czytelnika w fascynującą grę, w której ten - tak jak główny bohater Nicholas Urfe - nie zna zasad, gubi się w domysłach, niecierpliwie czeka na dalszy rozwój akcji i to, co przyniesie kolejny dzień. Jego bohater jest młodym Anglikiem, który targany tęsknotami i chęcią odnalezienia swojego miejsca wyjeżdża do Grecji na jedną z jej wysp, by nauczać w szkole języka angielskiego. Pewnego weekendu trafia na tajemniczą willę i poznaje jej intrygującego właściciela Conchisa. Od tego momentu staje się uczestnikiem wspomnianej gry, a my wraz z nim przestajemy odróżniać to, co jest prawdą od tego co jest tylko zamierzoną intrygą, inscenizacją. 

Klimat wyspy, jej cisza, spokój, duchota, marazm są najwłaściwszym tłem dla wydarzeń pełnych tajemnicy i zaskoczenia. Pojawiające się kolejno postacie, przyjmowane przez nie role sprawiają, że jednoczymy się z Nicko i zaczynamy szukać rozwiązania i prawdy. A Fowles prowadzi tę historię tak, że nie raz miałam ochotę cisnąć książką o ziemię, nie wiedząc kto przyjacielem a kto wrogiem.

Mag to przepiękna opowieść o miłości, moralności, wolności, przypadku i człowieku. O szukaniu w życiu swojego miejsca oraz najlepszej drogi postępowania. Jest historią o pracy jaką trzeba podjąć, by jak najlepiej poznać siebie. To również koszmarna zabawa z czytelnikiem, mieszająca rzeczywistość z iluzją w jego głowie. Mag to wyśmienita uczta intelektualna, wciągająca, angażująca całą uwagę. Zdecydowanie warta poznania.

 

Moja ocena: 6/6


17:46, nostoja
Link Komentarze (2) »
piątek, 01 lipca 2016

Choć głównie za sprawą Irvinga - to jednak w tym roku jakoś strasznie ciągnie mnie do literatury amerykańskiej. A skoro za czytelniczymi ciągotami można podążać śmiało i bez konsekwencji w moje ręce wreszcie wpadł Steinbeck i jego głośne Grona gniewu.



Nagrodzona Pulitzerem powieść opowiada historię rodziny Joadów, która zmuszona trudną sytuacją ekonomiczną wywołaną przez ogólnokrajowy kryzys gospodarczy podejmuje wędrówkę w poszukiwaniu pracy. Tak jak wiele ówczesnych rodzin mamiona licznymi ulotkami obiecującymi pracę oraz dostatek, za cel swej wyprawy wybiera Kalifornię. Stan, który spływa soczystymi brzoskwiniami, słodyczą winogron i bezkresnymi polami bawełny maluje przed oczami wizję białych domków, spokoju i bezpieczeństwa, okazuje się jednak choć miejscem pięknym to bezdusznym.

Steinbeck nie podejmuje się narracji wyszukanym językiem, nie ucieka się do intelektualnych zabaw, nie jawi się też jako gawędziarz. Jego sposób opowiadania jest prosty, dosadny, miejscami surowy, ale niepozbawiony malowniczości. Czytając czuje się, że autor spędził mnóstwo czasu na obserwacjach, że podglądał życie ludzi głodnych, pracujących w nieludzkich warunkach i podejmujących się pracy za ochłapy.

Rozdziały opisujące historię rodziny Joadów są zgrabnie przeplatane wyrwanymi zdaniami z rozmów anonimowych osób, zdawkowym opisem sytuacji w kraju. Budują one napięcie i wywołują grozę. Stanowią jakby reportażowe ujęcie wydarzeń i uwydatniają wspomniany zmysł obserwacji Steinbecka.

Grona gniewu w niewyszukany, prosty i obrazowy sposób pokazują, że człowiek trawiony głodem wykazuje się niezwykłą wolą przeżycia. W trosce o rodzinę potrafi podjąć się wędrówki pełnej niewygód, ulotności, niebezpieczeństwa. Jednocześnie uzmysławiają, że ludzie za swój jedyny dobytek mający zdezelowany samochód i sprzęty pierwszej potrzeby potrafią odjąć od ust sobie by podzielić się z innymi. Wynoszą na piedestał siłę rodziny i wspólnoty. Są także smutną i bezwzględną krytyką kapitalizmu oraz nierówności społecznej.

Na pewno jeszcze sięgnę po powieści tego autora. Jego przejrzysty, niewyszukany styl są tego warte. Choć muszę przyznać, że pomimo tego, że czytało mi się tę książkę bardzo dobrze i uważam, że jest ona rewelacyjna, to czegoś mi brakowało. Może ciężar tematu sprawił, że spotkanie z prozą Steinbecka miało gorzko-słodki smak, a pogoda za oknem raczej wywołuje tęsknotę za słodyczą.

Moja ocena: 5,5/6

15:31, nostoja
Link Komentarze (2) »
wtorek, 14 czerwca 2016

Ostatnio wpadłam w sidła żądzy przeczytania kilku w miarę świeżych powieści. Tym sposobem w moje ręce trafiła Fatum i furia, o której mówi się, że to najgłośniejsza powieść amerykańska 2015 roku. A w sieci ochów i achów nie ma końca, a ci, którym nie przypadła do gustu nie bali się ostrych i mocnych słów.

Hmm, a teraz przyszedł czas na mnie. I naprawdę nie wiem. Historia małżeństwa Lotta i Mathilde jest zajmująca i intrygująca, ale tylko do czasu kiedy dochodzimy do rozdziału, w którym zaczynamy poznawać ją z perspektywy żony. Czyli rozdział Fatum, gdzie poznajemy pyszałkowatego, narcystycznego, nie umiejącego do końca się odnaleźć męża czyta się z wypiekami na twarzy. Powplątywane w opowieść fragmenty sztuk, które pisał są ciekawym, fascynującym dodatkiem, który składa się na portret psychologiczny bohatera. Ma się wrażenie, że na tym można by już tę książkę zakończyć, bo gdy już poznamy Furię to poprzedni rozdział jawi nam się jako nomen omen - fatum.

Żona jest prawdziwą furią, żądną zemsty i władzy. Jej przeszłość mogłaby to jakoś tłumaczyć, ale czy trzeba było te żądze ukrywać pod płaszczykiem pragnienia miłości, domu, rodziny, kiedy całe jej postępowanie na to nie wskazuje? Może gdyby uznać tę furię za skutek odczuwania braku realizacji tych pragnień, ale to by wymagało ode mnie zbyt dużych naciągnięć. Poza tym myślę, że Groff nie udźwignęła własnego zamysłu. I zamiast pozostawić miejsce na pewne niedomówienia, storpedowała nas mrocznymi sekretami Mathilde.

Język powieści jest ujmujący. Jednocześnie pełen delikatnych, zmysłowych metafor i mocnych, wulgarnych opisów. Z jednej strony Groff ciągnie swoją narracje wplatając w nią poetyckie przedstawienie krajobrazów, aury za oknem, a z drugiej uderza w nas odartą z tajemnicy cielesnością, wypowiedziami pełnymi jadu. Nie raz jej sposób pisania mnie irytował. Jakby był zbyt wymuskany, nienaturalny, wymuszony, ale i też zachwycał. 

Fatum i furia na pewno jest lekturą interesującą, do pewnego momentu bardzo dobrze poprowadzoną, ale nie jest to powieść wybitna. Jest pełna smutku, niepokoju, poczucia, że wszystko jest ulotne i nie do końca mamy nad tym życiem panowanie. Tej atmosfery przygnębienia jest nawet trochę za dużo. Niemniej polecam, bo intryguje i czasem warto się przekonać, czym ludzie się teraz zachwycają.

 

Moja ocena:4/6


20:49, nostoja
Link Komentarze (2) »
sobota, 04 czerwca 2016

Proza Johna Irvinga jest dla mnie odkryciem zeszłego roku i po przeczytaniu trzeciej jego powieści, takim pozostaje. Jest z nią tak, że dotyka mnie wielkie podniecenie, gdy decyduję po który jego tytuł sięgnąć, wielka obawa, gdy zaczynam ją czytać, następnie euforia i sytość oraz straszna tęsknota, gdy doczytuję ostatnie zdanie. Ta tęsknota dopadła mnie i teraz, gdy przerzuciłam ostatnią stronę Ostatniej nocy w Twisted River, tak wielka, że z wielkim zapałem i uwagą przeczytałam również podziękowania, by jeszcze tylko trochę uszczknąć Pana Irvinga.

1

Na początku czytania, być może z powodu obaw, nie mogłam wejść w opisywany przez Irvinga świat flisaków i spławiania drewna. Jednak ta niewygoda trwała naprawdę krótko, jak tylko zapoznałam się z głównymi bohaterami tej powieści: Dominiciem, kulejącym kucharzem, jego synem Dannym oraz Ketchumem, twardym flisakiem poczułam, że dostanę to, czego oczekiwałam. Historia, z którą się zapoznajemy jest pełna zakrętów i brnie szybko oraz niespokojnie, jak tytułowa Twisted River. Jedna pomyłka młodego Danny'ego kieruje losy wszystkich bohaterów w niespokojny bieg i życie pełne wymuszonych odwrotów oraz zmian. Czekają nas w niej liczne przeprowadzki, niepokoje, ale też barwne opisy smaków, zapachów, potraw, które przygotowuje Dominic.

Tak jak w dwóch poprzednich przeczytanych przeze mnie powieściach Irvinga postaci opisane tutaj są fascynujące. Dominic i Danny podobnie jak Garp odczuwają nadzwyczajny lęk o swoich bliskich. Ketchum natomiast jest z pozoru lekkoduchem, którego nękają liczne wspomnienia i poczucie winy, które zapija niemierzalną ilością alkoholu. Bohaterki kobiece są mocnym dodatkiem, są to głównie kobiety pulchne, o obfitych biodrach i piersiach i cudownych twarzach. Są oparciem, ratunkiem, niedźwiedziem i czasami aniołami. Nie zabrakło też odniesień do polityki Busha, straconych nadziei i niespodziewanych - spodziewanych śmierci.

Nie jest tajemnicą, że sięgam po prozę Irvinga na fali zakochania. Ale jak tutaj się nie zakochać, kiedy on tak cudownie, interesująco i emocjonująco pisze. Czarny humor w tej powieści moim zdaniem nie jest jej cechą, ale jednym z głównych bohaterów. Jest boleśnie, nie raz przeraźliwie smutno, ale przede wszystkim wciągająco i osłodzone czarnością humoru. Jedyną wadą jest rozstawanie się z tą powieścią, że aż na usta cisną się słowa z powieści: "She bu de", co znaczy (prawdopodobnie) po chińsku "nie zniosę rozłąki". Stąd na mojej półce już własna czeka Irvinga książka.

 

Moja ocena: 6/6

21:31, nostoja
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 23 maja 2016

Ta powieść kusiła mnie już od bardzo dawna, nie tylko okładką czy Nagrodą Bookera, nie tylko miejscem akcji, którym jest Nowa Zelandia. Ale przede wszystkim rokiem urodzenia autorki. Mam jakąś słabość do książek napisanych przez moich równolatków, patrzę na takie pozycje zarówno podejrzliwie jak i z większą uwagą.

1

Wszystko, co lśni jest powieścią napisaną z dużym rozmachem i nie chodzi tylko o liczbę stron (jest ich ponad 900), ale również o ilość bohaterów, z których prawie każdy ma głos. Zdumiewa też, wręcz koronkowy sposób przedstawiania wydarzeń, budowania napięcia, wprowadzania kolejnych postaci do historii. Wszystko wydaje się być dopieszczone, począwszy od ciekawie nazywanych rozdziałów, których nazwy pokrywają się z fazami księżyca, poprzez błyskotliwe i samo czytające się dialogi, a skończywszy na zgrabnie wplecionych opisach przyrody. Ale...

Ale pomimo tego, że powieść ta jest naprawdę wciągająca, napisana ładnym, zgrabnym językiem, to nie wzbudziła we mnie większych emocji. Czytałam ją raczej jak dobry kryminał, smakując się w niektórych zdaniach, podziwiając wyobraźnię i zdolność autorki do niezgubienia rytmu oraz utrzymania poziomu do końca. Jednak nie związałam się z żadną z postaci bardziej, nie wpadłam do końca w wykreowany przez Catton świat, co pokazuje też zupełny brak entuzjazmu w tym tekście. Ciągle uważam, że to solidna lektura i przyjemnie spędziłam z nią czas, ale pozostaje ale.

Moja ocena: 4+/6



21:36, nostoja
Link Komentarze (2) »
środa, 04 maja 2016

Prędzej czy później musiałam sięgnąć po kolejne dzieło Irvinga. Spodziewałam się wszystkiego, łącznie z rozczarowaniem, choć na fali pozytywnych emocji wywołanych lekturą jego "Świata według Garpa" w to akurat szczerze wątpiłam. I to zwątpienie okazało się słuszne.

1

W Irvinga się wpada. Jego powieści się nie czyta, tylko się nią wypełnia, po brzegi, aż do przelania. A każda część, która się przeleje budzi tęsknotę i nie pozwala już nam z tego świata, którego doznaliśmy wydostać takimi jakimi byliśmy przed. Trudno powiedzieć co jest tą siłą jego pisania, że potrafi wywrócić nas na lewą stronę. Czy to umiejętność przemieszania tragicznych wydarzeń z codziennością z taką lekkością, że czasem trudno te tragedie dostrzec? A może charakterystyczne postacie, które wyróżnia, nie tylko imię, powiedzonka, ale wręcz namacalna osobowość? A może poczucie humoru, jakieś szaleństwo w tworzeniu historii absurdalnych do granic możliwości? Czy w końcu to wszystko razem połączone z nutą bezpieczeństwa i ciepłem?

Czytając "Hotel New Hampshire" zrodziły się we mnie uczucia podobne do zakochania. Każde zdanie, każde wydarzenie wywoływały we mnie jednocześnie zachwyt i niepokój oraz chęć by dać się omamić do końca, bez reszty. Nawet jeśli coś nie grało, to moja głowa zaprzeczała temu upojona biegiem zdarzeń, pędem historii i ciekawością czym mnie jeszcze Pan Irving zaskoczy. Bo on potrafi wszystko, co złe i tragiczne opisać tak, że człowiek przestaje się tego bać. Bo tak jak istnieje życie po Garpie, tak istnieje życie po wszystkim innym, co może zranić i zniszczyć. Bo choć smutek zawsze wypływa na wierzch, to i miłość też zawsze wypłynie, choć jest najmniej bezpieczna.

Po tej lekturze czuję się jakbym dostała obsesji, może zgodnie z zasadą Boba z Iowy, jednego z bohaterów: Musisz się nabawić na tym punkcie nieuleczalnej obsesji, ja się jej nabawiłam. Gdyby nie wewnętrzna kontrola, od razu biegłabym po kolejne dzieło Irvinga do biblioteki i gdyby nie strach, że przy którejś się zawiodę - bez pamięci wpadłabym w irvingowy ciąg. Zakochanie potrzebuje czasu, więc i tę obsesję trzeba przyhamować.

Ponieważ ten wpis robi się już dziwny zakończę cytatem "Rodzinna maksyma stwierdzała więc, że nieszczęśliwe zakończenie wcale nie musi odbierać życiu bogactwa i energii. Podstawą jej była wiara, że coś takiego jak szczęśliwe zakończenie po prostu się nie zdarza". Na swoje usprawiedliwienie napiszę tylko tyle, że ta niezręczność wpisu potwierdza jedynie fakt, że w Irvinga się wpada.

 

Moja ocena:6/6

13:48, nostoja
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 kwietnia 2016

Wraz z początkiem wiosny, kiedy to wszystko zaczyna powoli budzić się do życia, a wokół oprócz hałasu ruchliwych ulic rozbrzmiewa śpiew ptaków, i w mojej głowie powstała nowa, świeża myśl, by sięgnąć po coś innego. By pobudzić umysł i serce do wzmożonej pracy, by przekonać się jak inni próbują (próbowali) pojąć ten ŚWIAT i nasze w nim miejsce lub jego brak. W ramach tych wiosennych porządków w głowie postanowiłam w szaleńczym zapale sięgnąć po Horror metaphysicus i oto ta niepozorna książka okazała się horrorem właśnie.

1

Horrorem fascynującym, wciągającym, trzymającym w emocjonalnym napięciu i doprowadzającym do takiego ruchu myśli, że ich obfitość budziła we mnie ogromne przerażenie. Bo po pierwsze mój brak obeznania z filozofią budził strach i wyrzuty sumienia, a po drugie przedstawienie wielkich idei i teorii filozoficznych w najmniejszej z możliwych pigułek doprowadzało o zawrót głowy. A już ich zapętlenie, Kołakowskiego przypominanie, że wszystkie te teorie wpadają w błędne koło i gonią swój ogon budziło tylko chaos. I tkwiłam w tym chaosie, w tej nagle otwartej przestrzeni, że momentami miałam wrażenie, że przenikam otaczający mnie ŚWIAT, stapiam się z nim a wszystko, co widzę jest tylko iluzją, mnie nie ma jako mnie, tylko zlewam się z całą resztą. To jakby widzieć i odbierać drganie całości.

Nie będę tutaj przedstawiać swoich wniosków, bo nie miałabym nawet odwagi przyznać, że jakieś konkretne zdołały się narodzić. Ale mój umysł się ożywił, dostał jednego z najmocniejszych kopów i nawet uczucie, a w zasadzie pewność, że nie ogarnęłam swym rozumem chociażby 1% tego, co czytałam nie jest w stanie odebrać mi tego pobudzenia. To niesamowite, że taka niewielka książka może wywołać poczucie szczęścia, choć za nią nie tęsknimy potem. Że może wywołać takie przerażenie za pomocą słów pozbawionych emocji, czystych i klarownych. Jeśli ktoś jeszcze się waha, by po nią sięgnąć, boi się niezrozumienia, własnej ignorancji, to czas przestać się bać. Bo strach przychodzi dopiero w trakcie jej czytania i nic nie staje się bardziej zrozumiałe, i musimy odejść bez odpowiedzi i pogodzić się z tym, że jest ich wiele. Czyli jakby żadnej nie było.

Moja ocena: 6/6

20:58, nostoja
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
Blogi, które czytam
Książki przeczytane w 2013
Książki przeczytane w 2014
Książki przeczytane w 2015
Książki przeczytane w 2016