O książkach z serca, by utrwalić wrażenia
RSS
piątek, 17 lutego 2017

Jestem zadziwiona sama sobą, że tak dobrze idzie mi z Bezsennym wyzwaniem Wielkiego Buka. Spodziewałam się raczej, że będzie ono dla mnie nie aż tak atrakcyjne. A tutaj kolejna powieść, Wywiad z wampirem i jak łatwo się domyślić wpisuję go w kategorię Uniesienie krwiopijcy.

1

Nie będę przybliżać fabuły tej powieści, bo nawet jeśli ktoś jej nie czytał, to pewnie widział jej ekranizację z Tomem Cruisem oraz Bradem Pittem. A ekranizacja ta, teraz kiedy znam już książkę, jest naprawdę wierna i znakomicie oddaje klimat pierwowzoru.

Podchodząc do tej książki, założyłam ze względu na temat wampirów, będzie się ją czytać błyskawicznie i dość bezrefleksyjnie. Na szczęście tak nie było. Jak ostatnio gdzieś usłyszałam, czytając ją można uwierzyć, że wampiry istnieją gdzieś wokół nas. I naprawdę trudno jest się od takiego wrażenia uwolnić. Anne Rice bardzo wiarygodnie, z właściwą dawką emocji buduje portret psychologiczny Luisa, jego rozterki, jego nieumiejętność odnalezienia się w nowej postaci, próby pogodzenia tego, co ludzkie z tym, co wampirze. Trochę mniej wnikliwie, ale równie ciekawie przedstawia ona tragedię Claudii, kobiety wampirzycy zamkniętej na wieczność w ciele pięcioletniej dziewczynki. Dla mnie jest to swoisty obraz poszukiwania kobiecości, próba odpowiedzenia czym ona jest i jak się jej w sobie odnajduje.

W tej powieści zachwyciły mnie również opisy. Głównie, (o zgrozo!, znowu) kwiatów, zapachów. Bardzo mocne są fragmenty pełne napięcia seksualnego, erotyki, ale wprost nieodnoszące się do aktu seksualnego. Ta namiętność ma swoje źródło w głodzie krwi i Anne Rice mistrzowsko, korzystając ze znanych nam pragnień, pożądań przekłada to na wyrażenie wampirzego głodu.

Jeśli ktoś ceni sobie film, jego klimat, pewną nostalgię oraz romantyzm to książka go nie zawiedzie. Co więcej jeszcze bardziej przybliży "los wampira", cenę wieczności, samotność. Ja jestem zadowolona a nawet momentami odczuwałam zachwyt. Polecam.

 

Moja ocena:5/6

10:31, nostoja
Link Komentarze (1) »
czwartek, 09 lutego 2017

Trochę przeleżała ta książka na mojej półce, ale poza tym, że ubóstwiam książki i lubię wśród nich przebywać, to nie mam skłonności do przypisywania im uczuć (jak to się czasem robi z ukochanymi zabawkami z dzieciństwa), czyli nie zakładam, że jakoś jej z tego powodu przykro. Wegetarianka nie jest powieścią obszerną, ma zaledwie około 165 stron, więc jej lektura zajęła mi niewiele czasu.

1

Nie tylko mała ilość stron napędza tempo czytania, ale również język. Zdania są krótkie i w zasadzie przez tę książkę się przebiega. Choć można założyć, że skoro szybko się ją pochłania, to równie szybko się o niej zapomina, to na szczęście tak nie jest. Wegetariankę można podzielić na trzy części, bo właśnie przez trzech narratorów snuta jest opowieść. Pierwszym z nich jest mąż tytułowej wegetarianki-Yŏng-hye, który jest postacią dość antypatyczną. Jego uczucia względem żony są wyważone i trudno nazwać je miłością, są raczej przywiązaniem i cechują się pewną akceptacją status quo.

Kolejnym narratorem jest mąż siostry Yŏng-hye, który jest artystą. Zajmuje się kręceniem filmów poruszających tematykę o kondycji człowieka w postkapitalistycznym świecie. Jednak gwałtowne odrzucenie przez jego szwagierkę diety mięsnej, jej dziwne zachowanie oraz fakt, że posiada ona tzw. mongolską plamkę na ciele, wyzwala w nim uczucie pożądania względem niej. Odnajduje on w tej nagłej namiętności możliwość realizacji pewnego projektu, który chodzi mu od dłuższego czasu po głowie. Jakie wynikną z tego konsekwencje musicie przeczytać sami. Ostatnim autorem relacji wydarzeń, jest siostra Yŏng-hye. Cechuje ją pewna wypracowana dobroć, zaradność i uporządkowane życie. Spełnia ona rolę opiekunki siostry i choć zupełnie nie rozumie na początku jej zachowania, z czasem dostrzega, że są one próbą uzyskania wolności nad własnym życiem.

Wegetarianka z początku jawiła mi się jako bardzo dziwna opowieść. Z czasem jednak zaczynamy dostrzegać, że zmiana diety bohaterki na bezmięsną, wykluczająca w zasadzie wszelkie produkty pochodzenia odzwierzęcego, jest tylko punktem wyjścia do snucia historii o wolności. Kolejne wyrzeczenia Yŏng-hye stawiają przed nami pytania jak daleko można postawić granicę w dążeniu do pewnego rodzaju odczłowieczenia, by tę niezależność, wyzwolenie od wszelkich konwenansów i oczekiwań osiągnąć. Jak również, gdzie zaczyna się zwierzę a kończy człowiek, czy istnieje możliwość wyzwolenia poza śmiercią?

Ta krótka powieść jest bardzo dobra. Intrygująca, pełna ledwie namacalnego niepokoju, drażniącego nasz umysł na podobieństwo gęsiej skórki. Jesteśmy połechtani, zaciekawieni, próbujemy zrozumieć postępowanie bohaterki, a łapiemy się na tym, że zastanawiamy się nad własnym życiem i jego wyborami. 

Moja ocena:5/6

11:54, nostoja
Link Komentarze (2) »
wtorek, 07 lutego 2017

To książka przeczytana w ramach zwykłego Wielkobukowego wyzwania 2017 z kategorii, którą jak widać potraktowałam bardzo dosłownie, czyli amerykańskiej sielanki. Po tę książkę zapragnęłam sięgnąć pod wpływem informacji, że wchodzi do kin jej ekranizacja. Może nie pałam ogromną chęcią jej obejrzenia, ale chciałam wyprzedzić premierę filmu i wcześniej zapoznać się z tą historią.

a

Amerykańska sielanka opowiada historię Szweda - Seymoura Levova oraz jego rodziny na tle przemian społeczno-obyczajowych, mających miejsce w latach 60-70 w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Bardzo ważnym wątkiem tej opowieści są nastroje panujące w Stanach w związku z wojną Wietnamie oraz konfrontacja postaw kilku pokoleń. Cała opowieść zaczyna się dość powoli i na początku dość trudno wyłapać, w którą stronę autor zmierza. Narrator, pisarz, przedstawia nam postać Szweda, a forma tego przedstawienia przypominała mi Modlitwę za Owena Irvinga. Zostajemy zarzuceni masą postaci i anegdotami, które powodują, że czułam się nieco oszołomiona i skołowana. Nie mogłam uchwycić kierunku całej tej narracji.

W pewnym momencie narracja zostaje przeniesiona częściowo na Szweda. Jest on uosobieniem cech Amerykanina idealnego, wysportowanego, przedsiębiorczego, posiadającego piękną żonę, wymarzony dom i perfekcyjne dziecko, spełnienie "amerykańskiego snu". Ta sielanka częściowo zostaje zaburzona tym, że jego cudowne dziecko - Merry się jąka, a przez skłonność do wpadania po szyje w kolejne fascynacje, w końcu daje się porwać walce ideologicznej przeciw wojnie w Wietnamie, a w zasadzie przeciw wszystkiemu, co wiąże się z uosobieniem wspomnianego "amerykańskiego snu". Ostatecznie doprowadza ją to do podłożenia bomby pod miejscowy sklep i rozpoczęcia życia jako poszukiwanej przez FBI terrorystki. A czytelnik zostaje wciągnięty w opis procesu rozpadania się świata Szweda i całej jego rodziny.

Philip Roth pisze tak, że tematy, o których nigdy nawet nie pomyślelibyśmy, że mogą być interesujące dla nas, okazują się takimi być. Nie sądziłam, że o produkcji rękawiczek będę czytała z wypiekami na twarzy i szczerym zainteresowaniem. Również opisy sytuacji politycznej, społecznej wpisane są tak w narrację, że nie można się tym zmęczyć a jedynie zaciekawić i zaangażować w opisywane problemy. To, co mi się najbardziej podobało to ostatnie sceny, które przywodziły mi na myśl film Polańskiego "Rzeźnia". Mamy kameralne miejsce akcji, długi stół i kolację ze znajomymi oraz rodziną, a emocje buzują w konwersacji tak, że tylko czekamy kiedy ta fasada miłej atmosfery runie. A gdy runie, wybuchamy śmiechem. To jakim zdarzeniem kończy się ta powieść jest fantastyczną puentą, która rozbrzmiewa w nas niczym dźwięk ogromnego dzwonu. 

Jestem zachwycona tą powieścią. Językiem jakim operuje autor, pomysłem na przedstawienie makrohistorii w ramach najmniejszej komórki społecznej jaką jest rodzina. Rozważaniami o postrzeganiu ludzi przez innych, pytaniami czy jesteśmy w stanie poznać siebie, drugiego człowieka, czy w ogóle jest to możliwe i czy mamy potrzebne do tego narzędzia (czy takie narzędzia w ogóle istnieją). Polecam zdecydowanie.

 

Moja ocena:6/6

11:57, nostoja
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 lutego 2017

Teraz przyszedł czas na Widzialne/niewidzialne z Bezsennego wyzwania Wielkobukowego. W tej kategorii umieściłam polecaną przez samego Wielkiego Buka - Rebekę - Daphne du Maurier. I zakochałam się, ta książka to cudo nad cudami.



Rebeka opowiada historię młodej dziewczyny, która przebywając w Monte Carlo jako dama do towarzystwa pani van Hooper, poznaje tajemniczego właściciela, pięknej i znanej angielskiej posiadłości Manderley - Maximiliana de Wintera. Wkrótce jej losy na tyle połączą się z de Winterem, że przenosi się ona do wspomnianej posiadłości, której zarządczynią jest złowroga i zimna, pani Danvers a wokół unosi się duch i wspomnienie zmarłej w tragicznych okolicznościach, pierwszej żony Maxa, tytułowej Rebeki. 

Pióro du Maurier jest niesamowicie plastyczne, odmalowała nim tak posiadłość de Wintera oraz otaczające ją ogrody, że gdy zamknę oczy widzę rozłożyste, soczyście czerwone rododendrony, błękitne, ociężałe kwiatem hortensje czy wręcz czuję zapach azalii. Wiem, w którą skręcić stronę, by dojść do domku nad zatoką, a w którą, by trafić do usianej fioletowymi dzwoneczkami Doliny Szczęścia. Bardzo udanie operuje też opisywaniem emocji, ich dawkowaniem, które nie jest ani leniwe, ani pospieszne, idealnie wyważone. Czułam się zaciekawiona tym, co się dalej wydarzy, ale jednocześnie nie brakowało mi cierpliwości i nie rządził mną wewnętrzny przymus doczytania jak najszybciej jak to się skończy. 

Rebeką można się delektować, smakować z wolna każde zdanie. Upajać się tajemnicą, a później cieszyć się jej rozwiązaniem i odczuwać obawy, niepokój bohaterów, a głównie bohaterki. Tak mi się to spotkanie z du Maurier podobało, że od razu sięgnęłam po ekranizację jej powieści. Którą również zdecydowanie polecam. Brakowało mi w niej tych kolorów, które niesie w sobie treść książki, ale to wymóg czasu, film powstał w 1940 roku. Pozostaje mi nadzieja, że pewnego dnia obudzę się i przyjdzie mi wypowiedzieć pierwsze zdanie tej powieści: "Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley." i zaspokoi to moją tęsknotę za kolorem.

Moja ocena:6/6

10:32, nostoja
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 lutego 2017

W tym roku, aby urozmaicić sobie czytanie postanowiłam wziąć udział w dwóch wyzwaniach czytelniczych Wielkiego Buka: Wielkobukowe wyzwanie 2017 oraz Bezsenne wyzwanie 2017. Dzisiaj o książce przeczytanej w ramach tego drugiego, mniej dla mnie oczywistego, gdyż nie jestem fanką horroru, ale jak się okazało w zeszłym roku, całkiem mnie do niego ciągnie i świetnie się sprawdza jako przerywnik między cięższymi i bardziej wymagającymi lekturami.I tak do kategorii o nazwie Leśne widziadła, pozwoliłam sobie zaliczyć Wendigo, Grahama Mastertona.

wendigo
To moje pierwsze spotkanie z tym autorem i muszę przyznać, że dość udane. Emocje jakie towarzyszyły mi przy czytaniu jego książki były prawie tak duże jak te, towarzyszące mi przy Intensywności. Wendigo opowiada o Lily, która pewnego wieczoru zostaje napadnięta we własnym domu i ledwo przeżywa, a jej dwójka dzieci zostaje porwana. Przez to, że poszukiwania FBI nie przynoszą rezultatów postanawia postawić wszystko na jedną kartę i skorzystać z pomocy leśnego indiańskiego ducha Wendigo. Jak się okazuje, Lily nie zdaje sobie sprawy, jak wielką cenę będzie musiała za tę pomoc zapłacić.


Jest to zgrabnie napisana historia, akcja jest wartka, napięcie budowane w dobrym tempie. Masterton serwuje nam ciekawe plot twisty, ale z drugiej strony niektóre z nich są dość przewidywalne. To, co podobało mi się najbardziej to uczynienie, leśnego bóstwa, demona jedną z głównych postaci. Również wplecione w opowieść indiańskie legendy, spojrzenie na otaczający świat uczyniły tę lekturę ciekawszą. Ciągle jednak mam problem z tym gatunkiem, głównie jeśli chodzi o język. Może to kwestia wybieranych przeze mnie tytułów, ale wolałabym, żeby był bardziej rozbudowany, może choć trochę bardziej poetycki, zawierający więcej opisów, a nie tylko szybkie, krótkie zdania, które napędzają akcję, ale nie pozwalają się w historię wystarczająco zagłębić. Z drugiej strony szybko to się czyta, czytelnik pędzi przez strony na złamanie karku, chcąc jak najszybciej poznać zakończenie i to też jest swojego rodzaju plus.


Reasumując, uznaję tę lekturę za udaną. Dostarczyła mi rozrywki, pozwoliła na oddech po wyczerpującym Lodzie Dukaja i naprawdę mnie wciągnęła. Dała nawet tematy do rozważań jak wielką cenę jesteśmy w stanie zapłacić za dobro naszych bliskich i czy ostatecznie to dobro osiągamy. Dlatego polecam.

Moja ocena:4/6

09:26, nostoja
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 30 stycznia 2017

Marzyłam o przeczytaniu "Lodu" Jacka Dukaja, robiłam do niej podchody od dłuższego czasu, ale gdy już zbliżałam się do niej, uciekałam przerażona ilością stron i wielkością czcionki. Wreszcie pod wpływem panującej pory roku i dających się w znaki minusowych temperatur postanowiłam dopasować lekturę do panującej aury. I zamarzło.

lód

"Lód" to alternatywna rzeczywistość, cofamy się do roku 1924, w którym rozpoczyna się akcja powieści i dowiadujemy się, że I Wojna Światowa nie miała miejsca a Warszawę, w środku lata, nawiedzają śnieżyce i niespodziewane przejścia tzw. lutych (tworów lodowych mrożących wszystko, co stanie w ich pobliżu). W stolicy mieszka też nasz główny bohater Benedykt Gierosławski, który przez panującą władzę zostaje wysłany na Syberię w celu odnalezienia swojego ojca. Oczywiście misja ta jest bardziej tajemnicza, wiążę się z lutymi, panującym Lodem, walką o władzę nad Historią i mamoną. Wyprawa Benedykta rozpoczyna się podróżą Koleją Transsyberyjską, w której to zostaniemy zaskoczeni mnogością postaci, zawirowaniami w sytuacji politycznej na świecie, rozważaniami filozoficznymi na temat prawdy i fałszu, Matematyki Charakteru czy Matematyki Historii, a już przede wszystkim obecnością Nikoli Tesli. Te postacie, rozbudowane i ciągle zmieniające się rozgrywki polityczne, ugrupowania religijne i ich odłamy, plany gospodarcze będą przyprawiać nas o zawrót głowy. 

Nie umiem zliczyć ile razy pogubiłam się w nazwiskach, w ugrupowaniach, łapiąc się na tym, że już nie wiem zupełnie kto zacz, kto rządzi, kto ma rację. Gubiłam się w rozważaniach filozoficznych naszego bohatera, o jedynoprawdzie, charakterze, istnieniu, Historii, Państwie, Religii. Przeżywałam z nim halucynacje, rozterki, zagubienie. Wplątywałam się w rozgrywki polityczne, w walkę o władzę, w walkę o jego ojca, nie raz ocierając się z nim o śmierć. Zostałam zaatakowana taką ilością wrażeń, doznań, tematów do przemyślenia, że czasami miałam wrażenie, że moja głowa z tego nadmiaru eksploduje.


"Lód" to nie jest powieść napisana łatwym językiem, jest on stylizowany na język polski używany przed stulaty, zawiera mnóstwo wtrąceń łacińskich, francuskich, angielskich, niemieckich, rosyjskich i dziwnej zlepki polsko-rosyjskiego. Co więcej Gierosławski, ponieważ stwierdza, że nie istnieje, używa w swojej narracji, zwrotów typu "się usiadło się", "się obudziło się", co sprawia na początku dość duży problem w czytaniu. Problemem jest też mnogość postaci, wydarzeń, poglądów oraz wspomniana już sytuacja polityczno-gospodarcza w opisywanym uniwersum. Równocześnie ta problemowość jest też zaletą, bo to wszystko oszałamia, budzi zachwyt nad samą treścią jak i wiedzą autora. Pokochałam ten świat, zagubienie bohatera, dałam się oczarować świetnie wykreowanej postaci Jeleny Muklanowiczówny, dałam się porwać szalonej miłości do nauki Nikoli Tesli. Mimo problemów z wejściem w ten świat ostatecznie wpadłam w historię o poszukiwaniu ojca Benedykta a przede wszystkim o poszukiwaniu prawdy o samym bohaterze.


Ta lektura zabrała mi dwa miesiące. Miałam momenty, że chciałam nią cisnąć w kąt, że czułam się tą historią znużona, czasem znudzona. Ale po takich momentach zazwyczaj wpadałam w wartki nurt akcji, w rozważania filozoficzne przerywane własnymi rozważaniami. Dałam się wciągnąć i zachwycić. I ten stan zamarzł we mnie. Dlatego polecam, choć będzie ciężko, zagmatwanie, nudno, ale ostatecznie warto. "Lód" jednocześnie ociera się o arcydzieło i jest nim, budzi kontrowersje, mieszane emocje, jest jednocześnie poetycki i wyważony. A i opisy namiętności, zbliżeń, które się wydarzyły lub tylko wyobrażonymi były, są jednymi z piękniejszych jakie miałam okazje czytać.

Moja ocena:6/6

10:44, nostoja
Link Komentarze (2) »
piątek, 30 grudnia 2016

Ostatni miesiąc tego roku tak mnie rozleniwił, że pominęłam opisywanie dwóch ostatnich książek, jakie w nim przeczytałam. A sięgnęłam po Naznaczonego Shirley Jackson, który okazał się lepiej napisany niż reprezentujący ten sam gatunek Egzorcysta, ale postać głównej bohaterki tak irytująca, że pozostał mi po nim pewien niesmak. Ostatnią książką, którą skończyłam w 2016 roku została Intensywność Deana Koontza -świetne czytadło, zapierające dech w piersi i dające poczucie miło i niezobowiązująco spędzonego czasu. Ale przejdźmy do rzeczy.

W 2016 roku udało mi się przeczytać 30 książek. Wiele z tych tytułów okazało się  być naprawdę dobrymi, dlatego niełatwym dla mnie okazał się wybór tych najlepszych. Postanowiłam nie narzucać sobie konkretnej liczby powieści, które wybiorę. Ale lecimy.

1. Elena Ferrante i jej Tetralogia neapolitańska - wciągająca, pełna pasji, zawirowań, nietuzinkowych postaci, emocji. Czytałam ją z wypiekami na twarzy i na samą myśl o tej serii mam wypieki.

2. Szczepan Twardoch  i Morfina - za wspaniały język, porywającą historię, uzależnia.

3. A.S. Byatt i Opętanie - za poetyckie i namacalne opisanie miłości oraz namiętności. Niewypudrowane, ale metaforyczne.

4. Jan Wolkers i Rachatłukum - za dosadność, prawdziwość i niezatracenie istoty miłości w wulgarnych opisach, tylko jej wyostrzenie.

5. Amin Maalouf i Samarkanda - za zmysłowość, egzotyczność, piękno i poetyckość języka.

6. Mitchell David i Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta - za monumentalność, złożoność historii, wielowątkowść i znów piękne przedstawienie miłości, jej niewzruszonej siły.

7. John Fowles i Mag - za grę z czytelnikiem, opowieść, która mami i wytrąca z równowagi, inne spojrzenie na miłość i wolność oraz dorastanie.

8. John Irving i Hotel New Hampshire, Ostatnia noc w Twisted River oraz Modlitwa za Owena- za czarny humor, nietuzinkowość, wspaniały język i za to, że po prostu są.

Ta kolejność jest przypadkowa. I jak widać głównie zachwyciły mnie powieści, które traktowały o miłości, ale cóż jakoś w tym roku moje ręce same po takie tytuły sięgały. Mam nadzieję, że i kolejny rok przyniesie mi tyle wspaniałych lektur, zachwycających, skłaniających do myślenia, umożliwiających zachowanie równowagi. Żałuję, że nie udało mi się skończyć na czas Lodu Dukaja, ale i cieszy, bo już wiem jak wspaniałą lekturą wchodzę w rok 2017. 

 

Udanego czytelniczo i pod każdym innym względem 2017 Roku!!!

11:15, nostoja
Link Komentarze (1) »
czwartek, 22 grudnia 2016

W grudniu zdecydowałam się sięgnąć po książki, które tematyką wymykają się trochę tym, po które mam w zwyczaju sięgać. Okazały się one na tyle zgrabnie napisane, że nawet nie wiem kiedy zdążyłam je przeczytać. Teraz przyszedł czas, by choć trochę o nich napisać.

1Pierwszą z nich była bestsellerowa, Love, Rosie - Ceceli Ahern. Od dłuższego czasu chciałam po nią sięgnąć, bo bardzo lubię jej ekranizację. Poza tym niezwykle interesowała mnie forma jakiej użyła Ahern do opowiedzenia tej historii, a mianowicie listy, smsy, rozmowy na komunikatorze, krótkie wiadomości na pocztówkach, wycinki artykułów z gazet. I muszę przyznać, że taka forma narracji sprawiła, że czułam się jakbym siedziała w głowach bohaterów, jakbym sama uczestniczyła w tych wirtualnych rozmowach.

Love, Rosie w wersji książkowej różni się od filmu, ale w obu wydaniach ma ten sam urok, jest pełna ciepła, niesie w sobie nadzieję, że nigdy na nic nie jest za późno i że życie jest fascynujące. Truizmy, ale sprawiające, że jest nam jakoś lżej na duszy.

Oczywiście powieść ta należy do kategorii takich czytadełek, ale na pewno nie jest bezwartościowa. Naprawdę miło spędziłam z nią czasu, a że czytało się ją bardzo szybko podniosłam swoje tegoroczne statystki.

Moja ocena:5/6



Zapisz

Zapisz

10:00, nostoja
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 grudnia 2016

Moja miłość do Irvinga, rozkwitła wreszcie, jednym z jego tytułów na mojej półce. Ponieważ, to właśnie Modlitwa za Owena uchodzi za jedną z najbardziej znanych i najlepiej ocenianych powieści Irvinga zdecydowałam się na jej zakup. Oczywiście musiała ona trochę na tej półce przeleżeć, jak to z zakupionymi pozycjami bywa.

1

Tytułowy Owen jest najlepszym przyjacielem narratora. Jest to postać nietuzinkowa, nie tylko przez wzgląd na dość nietypową aparycję czy niski wzrost, nie tylko przez wysoki i piskliwy głos, ale głównie przez sposób bycia i niezachwianą wiarę w brak przypadku oraz celowość, która jego zdaniem określa ludzki żywot. Ta niezachwiana postawa, przede wszystkim odnosi się do jego roli, w pewnej misji, której czuje jest przeznaczony. Mianowicie Owen wierzy, że jest narzędziem w rękach Boga i jak pokazuje cała jego historia, zupełnie się nie myli. I choć kusi mnie, żeby zdradzić wszystkie momenty, w których możemy to zobaczyć, to odebrałabym całą przyjemność czytania.

W tej powieści, Irving ponownie (jakżeby inaczej) udowadnia, że jest niezwykle utalentowanym gawędziarzem. Tematy z pozoru ciężkie, dotyczące śmierci bliskich osób, wiary, wolności, wojny w Wietnamie czy imperialistycznych zapędów Stanów Zjednoczonych, przeplata anegdotami wymykającymi się naszej wyobraźni. Snuje swoją opowieść leniwie, powoli, by za chwilę zaskoczyć nas historią zupełnie kuriozalną. Przy tym wszystkim zarówno ta leniwość, jak i fragmenty bardziej nastawione na efekciarstwo nie zabierają nam możliwości zamyślenia i refleksji. Czasem tak sobie myślę, że Irving tym swoim czarnym humorem częstuje nas jak czekoladką, by zakryć gorycz całej opowieści i pozwolić nam na spojrzenie na "wszystko" z odpowiednim dystansem.

O swojej miłości do Irvinga mogłabym śpiewać w autobusach i w kolejkach do kasy. Tym bardziej cieszę się, że jeszcze tyle jego powieści przede mną oraz że istnieje nadzieja, że zaskoczy nas czymś nowym, niebawem.

 

Moja ocena:6/6


21:31, nostoja
Link Komentarze (2) »
piątek, 09 grudnia 2016

Może to kwestia atmosfery jaką przyniosła ze sobą listopadowa aura a może przedawkowanie ilości obejrzanych vlogów dotyczących tematyki horroru na youtube, ale postanowiłam sięgnąć po horrory. Nie przepadam za tym gatunkiem w filmie, ale ponieważ książkowo jest on dla mnie zupełnie nieznany, uznałam, że zmierzenie się z nim może być niezłą przygodą.Ponieważ najbardziej przeraża mnie tematyka opętania, mój wybór padł na Egzorcystę.

1

Fabuła tej książki jest zapewne większości znana, głównie za sprawą ekranizacji tej powieści. Nigdy nie widziałam filmu, bo lubię spokojnie przesypiać noce, z tego też powodu czytałam tę pozycję w dzień. Ma ona swoje momenty, które przyprawiały mnie o dreszcze i ciarki na plecach, ale ten stan przerażenia nie utrzymywał się we mnie zbyt długo. Może dlatego, że czytając bardzo łatwo jest kontrolować swoją wyobraźnię i nie odmalowywać aż tak precyzyjnie wszystkich opisów w swojej głowie. Stałym odczuciem w okresie czytania Egzorcysty na pewno był niepokój, który doprowadził do tego, że pewnego dnia jadąc metrem trafiłam na przejazd, w którym dźwięk powiadomień zagłuszały trzeszczące odgłosy z głośnika, patrząc na niezmienione żadnym grymasem twarze innych pasażerów, naszła mnie myśl, że tylko ja je słyszę. Taki mały schiz.


Spotkanie z tą pozycją na pewno mnie nie rozczarowało, a nawet sprawiło, że zapragnęłam jeszcze. Ale niestety dostrzegłam w niej kilka rzeczy, które zdecydowanie mi się nie podobały. Przede wszystkim brakowało mi pełniejszych, lepiej odmalowanych portretów psychologicznych bohaterów. Są oni trochę miałcy, a tajemniczość, którymi czasem wydają się osnuci, na tyle przejrzysta, że nie miałam ochoty jej zgłębiać. Również opisy wydarzeń wydawały mi się potraktowane zbyt skrótowo. Brakowało mi dłuższego budowania napięcia, bo czasami ledwo je poczułam a już wszystko okazywało się jasne.


Jeśli tak jak ja, nie czytacie horrorów, to niestety nie umiem powiedzieć czy ta pozycja jest dobra na początek przygody z tym gatunkiem. W sumie ja zaczęłam od Lśnienia, które mnie zachwyciło tak samo mocno jak i przeraziło, więc raczej polecałabym właśnie powieść Kinga na zaspokojenie ciekawości.


Moja ocena:3,5/6 

13:09, nostoja
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
Zakładki:
Blogi, które czytam
Książki przeczytane w 2013
Książki przeczytane w 2014
Książki przeczytane w 2015
Książki przeczytane w 2016
Książki przeczytane w 2017