O książkach z serca, by utrwalić wrażenia
RSS
sobota, 11 marca 2017

Zachwycona pierwszym spotkaniem z prozą Flanagana, postanowiłam natychmiast sięgnąć, po drugą, ostatnią dostępną w mojej bibliotece pozycję. Tak w moje ręce trafiło Klaśnięcie jednej dłoni. To, co zaskoczyło mnie już po pierwszej przeczytanej stronie, to fakt, że jest ono napisane zupełnie inaczej niż Ścieżki północy, raczej nie rozpoznałabym, że to ten sam autor.

Klaśnięcie jednej dłoni rozpoczyna się opisem śnieżycy i swoistej ucieczki od swojej rodziny, Marii Buloh. Opuściła ona swoją trzyletnią córeczkę Sofię i męża Bojana, który pracuje jako jeden z budowniczych tam wodnych na Tasmanii. Rodzina Bojanów pochodzi ze Słowenii i wraz z licznymi imigrantami przybyła do Australii w poszukiwaniu szczęścia i lepszego życia, ale bardziej celnym powodem wydaje się chęć ucieczki od traum i demonów, które przyniosła ze sobą II Wojna Światowa. Ciężar tej opowieści został osadzony na relacji ojca i córki, i to ona jest dla mnie głównym jej bohaterem.

Tak jak pisałam na początku, styl Flanagana jest tutaj zupełnie inny. Zdania są dłuższe, bardziej poetyckie, bardzo obrazowe, przez co czyta się trochę mniej płynnie, bo na barkach osiada nam cały ciężar wspomnianej relacji. Budowa rozdziałów, tytułowanych rokiem opisywanych wydarzeń, buduje napięcie, rozbudza ciekawość, pozwala nam lepiej rozumieć postępowanie bohaterów i ich sytuację. 

Ta powieść, przyniosła mi dużo smutku. Czułam się głęboko poruszona tą historią, opisem różnych wydarzeń z okresu Wojny, podejmowanymi próbami bohaterów, by poprawić swoją relację, walką o miłość. Niesamowite z jakim zrozumieniem i mądrością, Flanagan przedstawił znaczenie wpływu przeszłości na życie bohaterów, do czego prowadzi jej nieprzepracowanie, próby zapomnienia, nieumiejętność pogodzenia się z tym, co się wydarzyło. Po raz drugi nie umiałam oprzeć się wrażeniu, że australijski pisarz posiadł wiedzę o życiu, jego prawach i biegu.

Podsumowując, jestem zachwycona. Ale nie w taki radosny i entuzjastyczny sposób, bardziej melancholijny i nostalgiczny. W każdym razie to drugie spotkanie już całkowicie utwierdza mnie w postanowieniu, by przeczytać jego kolejne książki.

Moja ocena:6/6

17:31, nostoja
Link Komentarze (1) »
czwartek, 09 marca 2017

Bezsenne wyzwanie Wielkobukowe, dzięki kategorii Dom pełen duchów zaowocowało moim spotkaniem ze Scottem Smithem i jego Ruinami

ruiny

Ruiny, to w moim odczuciu horror bardzo popkulturowy. Mamy tutaj czwórkę przyjaciół, Amerykanów, których poznajemy w trakcie ich urlopu w Meksyku. Ponieważ są młodzi, dużo czasu spędzają na imprezowaniu, opalaniu i poznawaniu nowych ludzi. Jednymi z nich są, Niemiec - Mathias oraz trzech Greków. Okazuje się, że brat Mathiasa, wyruszył w pogoni za nowo poznaną dziewczyną, młodą archeolożką, na opisane przez nią miejsce wykopalisk. Ponieważ zbliża się czas powrotu obu Niemców do domu, Mathias pokazuje mapę zostawioną mu przez brata dwójce Amerykanów - Jeffowi i Amy. Tak pojawia się pomysł wyruszenia jego śladami. Od samego początku wiemy, że ta podróż nie skończy się dobrze. Nasi bohaterowie docierają do wzgórza porośniętego winoroślami o czerwonych, pięknych kwiatach. Przed wejściem na nie próbują ich powstrzymać okoliczni Majowie, co się jednak nie udaje. Jak się potem okazuje, gdy już raz wejdzie się na teren znaczony wspomnianymi roślinami, Majowie nie pozwolą go opuścić.


Ta historia jest wciągająca. Choć od początku wiadomo, jak się skończy, przeczuwa się przynajmniej. Były momenty, że naprawdę czułam niepokój, a nawet trochę się bałam. Ale całościowo jest dość sztampowa, postaci są bardzo przewidywalne. Można wręcz powiedzieć, że są czarno-białe. Nawet straszne przeżycia, oddech śmierci na karku, nie zmieniają ich charakteru. Wszelkie ich rozważania są zamknięte w ciasnych ramach, tego, co kiedyś gdzieś usłyszeli, przeczytali, zobaczyli w filmie. Scott stworzył sobie tą historią niesamowite pole do wprowadzenia jakiejś głębi, stworzenia bogatych portretów psychologicznych, ale go nie wykorzystał. Co więcej jedną z postaci już na początku przygwoździł do łóżka, oddał pod opiekę innych, ale nie podjął się przedstawienia jej rozważań, uczuć, zupełnie odebrał jej głos, a właśnie one wydawały mi się najciekawsze. Cóż, temu bohaterowi przyszło grać drzewo.


Reasumując, jest to ciekawy horror, spełniający swoją rolę, jeśli chodzi o uczucie strachu czy niepokoju. Ale na tym można skończyć. Nie zachwyca, nie zostaje na dłużej (chociaż, gdzieś tam to uczucie niepokoju, tajemnicy zostaje pod skórą), a wręcz rozczarowuje.


Moja ocena:3/6

22:27, nostoja
Link Komentarze (2) »
sobota, 04 marca 2017

Z Olgą Tokarczuk mam dość dziwną, choć bardzo długą relację. Należy ona do autorów, z którymi rozpoczęłam bardziej poważną przygodę z literaturą. Już od pierwszych stron Prowadź swój pług przez kości umarłych wrócił do mnie klimat pierwszych jej powieści, które przeczytałam i którymi zachwycam się do dzisiaj, czyli Podróż ludzi księgi oraz Prawiek i inne czasy. Tylko, że w czasie lektury, gdzieś do się zagubiło i nie do końca czuję się tą pozycją ujęta.

tokarczuk

Powieść ta doczekała się ekranizacji i może dlatego zdecydowałam się w końcu po nią sięgnąć. Chociaż wiedziałam, że książka ta wpisuje się gatunkowo w kryminał, to i tak dałam się zaskoczyć, że zagadkę morderstw, które zostają tutaj przedstawione, można tak zgrabnie, interesująco i zajmująco przedstawić w pierwszoosobowej narracji. Oczywiście nie jest to klasyczna kryminalna historia, mamy tutaj mnóstwo rozważań na temat zwierząt i uzurpowania sobie władzy nad nimi przez człowieka. W zasadzie jest to powieść o życiu w zgodzie z naturą, o tym, czy możliwe jest uzyskanie harmonii, o możliwości współistnienia człowieka i zwierząt, bez konieczności ich zabijania.

Klimat tej powieści jest przesączony pewną tajemniczością, budowany poprzez rozmyślania naszej narratorki, Janiny. Tempo jest niespiesznie, choć momentami leci na łeb na szyję. Bohaterka Tokarczuk budziła we mnie zarówno sympatię, jak i antypatię. Zdawało mi się, że już coś o niej wiem, że już ją rozgryzłam, zbliżyłam się do niej, gdy jakimś przemyśleniem, czynem znów rósł między nami mur niezrozumienia i bezpiecznego dystansu.

Podsumowując, uważam to spotkanie za udane. Czuć, że jest to powieść Olgi Tokarczuk, mówi o tym język, charakterystyczne rozważania, w których nie brak, godnych miana perełek, cytatów. Ale to jest jednak Tokarczuk, jedna z moich pierwszych czytelniczych miłości, więc pozostał mi pewien niedosyt.

Tą pozycją, postanowiłam sobie zaliczyć kategorię Polska dusza z Wielkobukowego wyzwania Olgi.

 

Moja ocena:4/6

13:33, nostoja
Link Komentarze (3) »
sobota, 25 lutego 2017

Za pomocą tej książki zaliczyłam kolejną kategorię Wielkobukowego wyzwania 2017 W Krainie Kangurów. Nawet nie umiem wyrazić jak bardzo się cieszę, że w końcu sięgnęłam po twórczość tego autora i wciąż zastanawiam się dlaczego tak długo czekałam.

Kolejny raz ucieknę od opisywania o czym jest to powieść, bo mówili i pisali o niej już chyba wszyscy. Zacznę natomiast od tego, że nie mam do czego się przyczepić. Ta historia mnie wciągnęła, wzbudziła ogrom emocji, od uśmiechu, smutku, po takie uczucia jak obrzydzenie, zniesmaczenie, lęk i rozczarowanie. Zachwycił mnie język, którym Ścieżki północy zostały napisane. Nie jest on wymagający i w pewnym sensie prosty. Metafory jakimi posługuje się Flanagan są momentami trywialne, ale trafiają w punkt, który okazuje się umieszczony, gdzieś w środku człowieka i wszystko. co w nas, zostaje wzburzone i poruszone.

Nie ukrywam, że najbardziej dałam się porwać historii miłosnej, będącej w moim odczuciu, tym, co napędziło całe życie głównego bohatera Dorriga. Gdy czytałam jak jego romans z Amy został przedstawiony, jak opisane zostały uczucia, które im towarzyszyły, wierzyłam w to wszystko całą sobą. I choć zajmuje ta historia gdzieś jedną trzecią powieści, to czułam ją prawie na każdej stronie.

Flanagan pisze tak, jakby posiadał wiedzę i odpowiedzi na pytania: Czym jest życie?, Czym jest miłość?, Jaki jest sens naszego postępowania?. Jednocześnie dając nam pole do własnych poszukiwań. Jestem zakochana w tej powieści, ale tak jak w przypadku miłości do Irvinga, o tym uczuciu znacznie ciężej mi się pisze. Bo wszystko po tej powieści, jakby we mnie wiruje, majaczy jakimś takim wszechogarniającym smutkiem i pytaniem Dlaczego?. Taki dopadł mnie melancholijny stan, a jednocześnie chcę więcej i wiem, że dostanę, bo przecież czekają na mnie jeszcze trzy jego powieści.

 

Moja ocena: 6/6

14:29, nostoja
Link Komentarze (2) »
piątek, 17 lutego 2017

Jestem zadziwiona sama sobą, że tak dobrze idzie mi z Bezsennym wyzwaniem Wielkiego Buka. Spodziewałam się raczej, że będzie ono dla mnie nie aż tak atrakcyjne. A tutaj kolejna powieść, Wywiad z wampirem i jak łatwo się domyślić wpisuję go w kategorię Uniesienie krwiopijcy.

1

Nie będę przybliżać fabuły tej powieści, bo nawet jeśli ktoś jej nie czytał, to pewnie widział jej ekranizację z Tomem Cruisem oraz Bradem Pittem. A ekranizacja ta, teraz kiedy znam już książkę, jest naprawdę wierna i znakomicie oddaje klimat pierwowzoru.

Podchodząc do tej książki, założyłam ze względu na temat wampirów, będzie się ją czytać błyskawicznie i dość bezrefleksyjnie. Na szczęście tak nie było. Jak ostatnio gdzieś usłyszałam, czytając ją można uwierzyć, że wampiry istnieją gdzieś wokół nas. I naprawdę trudno jest się od takiego wrażenia uwolnić. Anne Rice bardzo wiarygodnie, z właściwą dawką emocji buduje portret psychologiczny Luisa, jego rozterki, jego nieumiejętność odnalezienia się w nowej postaci, próby pogodzenia tego, co ludzkie z tym, co wampirze. Trochę mniej wnikliwie, ale równie ciekawie przedstawia ona tragedię Claudii, kobiety wampirzycy zamkniętej na wieczność w ciele pięcioletniej dziewczynki. Dla mnie jest to swoisty obraz poszukiwania kobiecości, próba odpowiedzenia czym ona jest i jak się jej w sobie odnajduje.

W tej powieści zachwyciły mnie również opisy. Głównie, (o zgrozo!, znowu) kwiatów, zapachów. Bardzo mocne są fragmenty pełne napięcia seksualnego, erotyki, ale wprost nieodnoszące się do aktu seksualnego. Ta namiętność ma swoje źródło w głodzie krwi i Anne Rice mistrzowsko, korzystając ze znanych nam pragnień, pożądań przekłada to na wyrażenie wampirzego głodu.

Jeśli ktoś ceni sobie film, jego klimat, pewną nostalgię oraz romantyzm to książka go nie zawiedzie. Co więcej jeszcze bardziej przybliży "los wampira", cenę wieczności, samotność. Ja jestem zadowolona a nawet momentami odczuwałam zachwyt. Polecam.

 

Moja ocena:5/6

10:31, nostoja
Link Komentarze (2) »
czwartek, 09 lutego 2017

Trochę przeleżała ta książka na mojej półce, ale poza tym, że ubóstwiam książki i lubię wśród nich przebywać, to nie mam skłonności do przypisywania im uczuć (jak to się czasem robi z ukochanymi zabawkami z dzieciństwa), czyli nie zakładam, że jakoś jej z tego powodu przykro. Wegetarianka nie jest powieścią obszerną, ma zaledwie około 165 stron, więc jej lektura zajęła mi niewiele czasu.

1

Nie tylko mała ilość stron napędza tempo czytania, ale również język. Zdania są krótkie i w zasadzie przez tę książkę się przebiega. Choć można założyć, że skoro szybko się ją pochłania, to równie szybko się o niej zapomina, to na szczęście tak nie jest. Wegetariankę można podzielić na trzy części, bo właśnie przez trzech narratorów snuta jest opowieść. Pierwszym z nich jest mąż tytułowej wegetarianki-Yŏng-hye, który jest postacią dość antypatyczną. Jego uczucia względem żony są wyważone i trudno nazwać je miłością, są raczej przywiązaniem i cechują się pewną akceptacją status quo.

Kolejnym narratorem jest mąż siostry Yŏng-hye, który jest artystą. Zajmuje się kręceniem filmów poruszających tematykę o kondycji człowieka w postkapitalistycznym świecie. Jednak gwałtowne odrzucenie przez jego szwagierkę diety mięsnej, jej dziwne zachowanie oraz fakt, że posiada ona tzw. mongolską plamkę na ciele, wyzwala w nim uczucie pożądania względem niej. Odnajduje on w tej nagłej namiętności możliwość realizacji pewnego projektu, który chodzi mu od dłuższego czasu po głowie. Jakie wynikną z tego konsekwencje musicie przeczytać sami. Ostatnim autorem relacji wydarzeń, jest siostra Yŏng-hye. Cechuje ją pewna wypracowana dobroć, zaradność i uporządkowane życie. Spełnia ona rolę opiekunki siostry i choć zupełnie nie rozumie na początku jej zachowania, z czasem dostrzega, że są one próbą uzyskania wolności nad własnym życiem.

Wegetarianka z początku jawiła mi się jako bardzo dziwna opowieść. Z czasem jednak zaczynamy dostrzegać, że zmiana diety bohaterki na bezmięsną, wykluczająca w zasadzie wszelkie produkty pochodzenia odzwierzęcego, jest tylko punktem wyjścia do snucia historii o wolności. Kolejne wyrzeczenia Yŏng-hye stawiają przed nami pytania jak daleko można postawić granicę w dążeniu do pewnego rodzaju odczłowieczenia, by tę niezależność, wyzwolenie od wszelkich konwenansów i oczekiwań osiągnąć. Jak również, gdzie zaczyna się zwierzę a kończy człowiek, czy istnieje możliwość wyzwolenia poza śmiercią?

Ta krótka powieść jest bardzo dobra. Intrygująca, pełna ledwie namacalnego niepokoju, drażniącego nasz umysł na podobieństwo gęsiej skórki. Jesteśmy połechtani, zaciekawieni, próbujemy zrozumieć postępowanie bohaterki, a łapiemy się na tym, że zastanawiamy się nad własnym życiem i jego wyborami. 

Moja ocena:5/6

11:54, nostoja
Link Komentarze (2) »
wtorek, 07 lutego 2017

To książka przeczytana w ramach zwykłego Wielkobukowego wyzwania 2017 z kategorii, którą jak widać potraktowałam bardzo dosłownie, czyli amerykańskiej sielanki. Po tę książkę zapragnęłam sięgnąć pod wpływem informacji, że wchodzi do kin jej ekranizacja. Może nie pałam ogromną chęcią jej obejrzenia, ale chciałam wyprzedzić premierę filmu i wcześniej zapoznać się z tą historią.

a

Amerykańska sielanka opowiada historię Szweda - Seymoura Levova oraz jego rodziny na tle przemian społeczno-obyczajowych, mających miejsce w latach 60-70 w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Bardzo ważnym wątkiem tej opowieści są nastroje panujące w Stanach w związku z wojną Wietnamie oraz konfrontacja postaw kilku pokoleń. Cała opowieść zaczyna się dość powoli i na początku dość trudno wyłapać, w którą stronę autor zmierza. Narrator, pisarz, przedstawia nam postać Szweda, a forma tego przedstawienia przypominała mi Modlitwę za Owena Irvinga. Zostajemy zarzuceni masą postaci i anegdotami, które powodują, że czułam się nieco oszołomiona i skołowana. Nie mogłam uchwycić kierunku całej tej narracji.

W pewnym momencie narracja zostaje przeniesiona częściowo na Szweda. Jest on uosobieniem cech Amerykanina idealnego, wysportowanego, przedsiębiorczego, posiadającego piękną żonę, wymarzony dom i perfekcyjne dziecko, spełnienie "amerykańskiego snu". Ta sielanka częściowo zostaje zaburzona tym, że jego cudowne dziecko - Merry się jąka, a przez skłonność do wpadania po szyje w kolejne fascynacje, w końcu daje się porwać walce ideologicznej przeciw wojnie w Wietnamie, a w zasadzie przeciw wszystkiemu, co wiąże się z uosobieniem wspomnianego "amerykańskiego snu". Ostatecznie doprowadza ją to do podłożenia bomby pod miejscowy sklep i rozpoczęcia życia jako poszukiwanej przez FBI terrorystki. A czytelnik zostaje wciągnięty w opis procesu rozpadania się świata Szweda i całej jego rodziny.

Philip Roth pisze tak, że tematy, o których nigdy nawet nie pomyślelibyśmy, że mogą być interesujące dla nas, okazują się takimi być. Nie sądziłam, że o produkcji rękawiczek będę czytała z wypiekami na twarzy i szczerym zainteresowaniem. Również opisy sytuacji politycznej, społecznej wpisane są tak w narrację, że nie można się tym zmęczyć a jedynie zaciekawić i zaangażować w opisywane problemy. To, co mi się najbardziej podobało to ostatnie sceny, które przywodziły mi na myśl film Polańskiego "Rzeźnia". Mamy kameralne miejsce akcji, długi stół i kolację ze znajomymi oraz rodziną, a emocje buzują w konwersacji tak, że tylko czekamy kiedy ta fasada miłej atmosfery runie. A gdy runie, wybuchamy śmiechem. To jakim zdarzeniem kończy się ta powieść jest fantastyczną puentą, która rozbrzmiewa w nas niczym dźwięk ogromnego dzwonu. 

Jestem zachwycona tą powieścią. Językiem jakim operuje autor, pomysłem na przedstawienie makrohistorii w ramach najmniejszej komórki społecznej jaką jest rodzina. Rozważaniami o postrzeganiu ludzi przez innych, pytaniami czy jesteśmy w stanie poznać siebie, drugiego człowieka, czy w ogóle jest to możliwe i czy mamy potrzebne do tego narzędzia (czy takie narzędzia w ogóle istnieją). Polecam zdecydowanie.

 

Moja ocena:6/6

11:57, nostoja
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 lutego 2017

Teraz przyszedł czas na Widzialne/niewidzialne z Bezsennego wyzwania Wielkobukowego. W tej kategorii umieściłam polecaną przez samego Wielkiego Buka - Rebekę - Daphne du Maurier. I zakochałam się, ta książka to cudo nad cudami.



Rebeka opowiada historię młodej dziewczyny, która przebywając w Monte Carlo jako dama do towarzystwa pani van Hooper, poznaje tajemniczego właściciela, pięknej i znanej angielskiej posiadłości Manderley - Maximiliana de Wintera. Wkrótce jej losy na tyle połączą się z de Winterem, że przenosi się ona do wspomnianej posiadłości, której zarządczynią jest złowroga i zimna, pani Danvers a wokół unosi się duch i wspomnienie zmarłej w tragicznych okolicznościach, pierwszej żony Maxa, tytułowej Rebeki. 

Pióro du Maurier jest niesamowicie plastyczne, odmalowała nim tak posiadłość de Wintera oraz otaczające ją ogrody, że gdy zamknę oczy widzę rozłożyste, soczyście czerwone rododendrony, błękitne, ociężałe kwiatem hortensje czy wręcz czuję zapach azalii. Wiem, w którą skręcić stronę, by dojść do domku nad zatoką, a w którą, by trafić do usianej fioletowymi dzwoneczkami Doliny Szczęścia. Bardzo udanie operuje też opisywaniem emocji, ich dawkowaniem, które nie jest ani leniwe, ani pospieszne, idealnie wyważone. Czułam się zaciekawiona tym, co się dalej wydarzy, ale jednocześnie nie brakowało mi cierpliwości i nie rządził mną wewnętrzny przymus doczytania jak najszybciej jak to się skończy. 

Rebeką można się delektować, smakować z wolna każde zdanie. Upajać się tajemnicą, a później cieszyć się jej rozwiązaniem i odczuwać obawy, niepokój bohaterów, a głównie bohaterki. Tak mi się to spotkanie z du Maurier podobało, że od razu sięgnęłam po ekranizację jej powieści. Którą również zdecydowanie polecam. Brakowało mi w niej tych kolorów, które niesie w sobie treść książki, ale to wymóg czasu, film powstał w 1940 roku. Pozostaje mi nadzieja, że pewnego dnia obudzę się i przyjdzie mi wypowiedzieć pierwsze zdanie tej powieści: "Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley." i zaspokoi to moją tęsknotę za kolorem.

Moja ocena:6/6

10:32, nostoja
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 lutego 2017

W tym roku, aby urozmaicić sobie czytanie postanowiłam wziąć udział w dwóch wyzwaniach czytelniczych Wielkiego Buka: Wielkobukowe wyzwanie 2017 oraz Bezsenne wyzwanie 2017. Dzisiaj o książce przeczytanej w ramach tego drugiego, mniej dla mnie oczywistego, gdyż nie jestem fanką horroru, ale jak się okazało w zeszłym roku, całkiem mnie do niego ciągnie i świetnie się sprawdza jako przerywnik między cięższymi i bardziej wymagającymi lekturami.I tak do kategorii o nazwie Leśne widziadła, pozwoliłam sobie zaliczyć Wendigo, Grahama Mastertona.

wendigo
To moje pierwsze spotkanie z tym autorem i muszę przyznać, że dość udane. Emocje jakie towarzyszyły mi przy czytaniu jego książki były prawie tak duże jak te, towarzyszące mi przy Intensywności. Wendigo opowiada o Lily, która pewnego wieczoru zostaje napadnięta we własnym domu i ledwo przeżywa, a jej dwójka dzieci zostaje porwana. Przez to, że poszukiwania FBI nie przynoszą rezultatów postanawia postawić wszystko na jedną kartę i skorzystać z pomocy leśnego indiańskiego ducha Wendigo. Jak się okazuje, Lily nie zdaje sobie sprawy, jak wielką cenę będzie musiała za tę pomoc zapłacić.


Jest to zgrabnie napisana historia, akcja jest wartka, napięcie budowane w dobrym tempie. Masterton serwuje nam ciekawe plot twisty, ale z drugiej strony niektóre z nich są dość przewidywalne. To, co podobało mi się najbardziej to uczynienie, leśnego bóstwa, demona jedną z głównych postaci. Również wplecione w opowieść indiańskie legendy, spojrzenie na otaczający świat uczyniły tę lekturę ciekawszą. Ciągle jednak mam problem z tym gatunkiem, głównie jeśli chodzi o język. Może to kwestia wybieranych przeze mnie tytułów, ale wolałabym, żeby był bardziej rozbudowany, może choć trochę bardziej poetycki, zawierający więcej opisów, a nie tylko szybkie, krótkie zdania, które napędzają akcję, ale nie pozwalają się w historię wystarczająco zagłębić. Z drugiej strony szybko to się czyta, czytelnik pędzi przez strony na złamanie karku, chcąc jak najszybciej poznać zakończenie i to też jest swojego rodzaju plus.


Reasumując, uznaję tę lekturę za udaną. Dostarczyła mi rozrywki, pozwoliła na oddech po wyczerpującym Lodzie Dukaja i naprawdę mnie wciągnęła. Dała nawet tematy do rozważań jak wielką cenę jesteśmy w stanie zapłacić za dobro naszych bliskich i czy ostatecznie to dobro osiągamy. Dlatego polecam.

Moja ocena:4/6

09:26, nostoja
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 30 stycznia 2017

Marzyłam o przeczytaniu "Lodu" Jacka Dukaja, robiłam do niej podchody od dłuższego czasu, ale gdy już zbliżałam się do niej, uciekałam przerażona ilością stron i wielkością czcionki. Wreszcie pod wpływem panującej pory roku i dających się w znaki minusowych temperatur postanowiłam dopasować lekturę do panującej aury. I zamarzło.

lód

"Lód" to alternatywna rzeczywistość, cofamy się do roku 1924, w którym rozpoczyna się akcja powieści i dowiadujemy się, że I Wojna Światowa nie miała miejsca a Warszawę, w środku lata, nawiedzają śnieżyce i niespodziewane przejścia tzw. lutych (tworów lodowych mrożących wszystko, co stanie w ich pobliżu). W stolicy mieszka też nasz główny bohater Benedykt Gierosławski, który przez panującą władzę zostaje wysłany na Syberię w celu odnalezienia swojego ojca. Oczywiście misja ta jest bardziej tajemnicza, wiążę się z lutymi, panującym Lodem, walką o władzę nad Historią i mamoną. Wyprawa Benedykta rozpoczyna się podróżą Koleją Transsyberyjską, w której to zostaniemy zaskoczeni mnogością postaci, zawirowaniami w sytuacji politycznej na świecie, rozważaniami filozoficznymi na temat prawdy i fałszu, Matematyki Charakteru czy Matematyki Historii, a już przede wszystkim obecnością Nikoli Tesli. Te postacie, rozbudowane i ciągle zmieniające się rozgrywki polityczne, ugrupowania religijne i ich odłamy, plany gospodarcze będą przyprawiać nas o zawrót głowy. 

Nie umiem zliczyć ile razy pogubiłam się w nazwiskach, w ugrupowaniach, łapiąc się na tym, że już nie wiem zupełnie kto zacz, kto rządzi, kto ma rację. Gubiłam się w rozważaniach filozoficznych naszego bohatera, o jedynoprawdzie, charakterze, istnieniu, Historii, Państwie, Religii. Przeżywałam z nim halucynacje, rozterki, zagubienie. Wplątywałam się w rozgrywki polityczne, w walkę o władzę, w walkę o jego ojca, nie raz ocierając się z nim o śmierć. Zostałam zaatakowana taką ilością wrażeń, doznań, tematów do przemyślenia, że czasami miałam wrażenie, że moja głowa z tego nadmiaru eksploduje.


"Lód" to nie jest powieść napisana łatwym językiem, jest on stylizowany na język polski używany przed stulaty, zawiera mnóstwo wtrąceń łacińskich, francuskich, angielskich, niemieckich, rosyjskich i dziwnej zlepki polsko-rosyjskiego. Co więcej Gierosławski, ponieważ stwierdza, że nie istnieje, używa w swojej narracji, zwrotów typu "się usiadło się", "się obudziło się", co sprawia na początku dość duży problem w czytaniu. Problemem jest też mnogość postaci, wydarzeń, poglądów oraz wspomniana już sytuacja polityczno-gospodarcza w opisywanym uniwersum. Równocześnie ta problemowość jest też zaletą, bo to wszystko oszałamia, budzi zachwyt nad samą treścią jak i wiedzą autora. Pokochałam ten świat, zagubienie bohatera, dałam się oczarować świetnie wykreowanej postaci Jeleny Muklanowiczówny, dałam się porwać szalonej miłości do nauki Nikoli Tesli. Mimo problemów z wejściem w ten świat ostatecznie wpadłam w historię o poszukiwaniu ojca Benedykta a przede wszystkim o poszukiwaniu prawdy o samym bohaterze.


Ta lektura zabrała mi dwa miesiące. Miałam momenty, że chciałam nią cisnąć w kąt, że czułam się tą historią znużona, czasem znudzona. Ale po takich momentach zazwyczaj wpadałam w wartki nurt akcji, w rozważania filozoficzne przerywane własnymi rozważaniami. Dałam się wciągnąć i zachwycić. I ten stan zamarzł we mnie. Dlatego polecam, choć będzie ciężko, zagmatwanie, nudno, ale ostatecznie warto. "Lód" jednocześnie ociera się o arcydzieło i jest nim, budzi kontrowersje, mieszane emocje, jest jednocześnie poetycki i wyważony. A i opisy namiętności, zbliżeń, które się wydarzyły lub tylko wyobrażonymi były, są jednymi z piękniejszych jakie miałam okazje czytać.

Moja ocena:6/6

10:44, nostoja
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Zakładki:
Blogi, które czytam
Książki przeczytane w 2013
Książki przeczytane w 2014
Książki przeczytane w 2015
Książki przeczytane w 2016
Książki przeczytane w 2017