O książkach z serca, by utrwalić wrażenia
RSS
poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Ta książka za mną chodziła od jakiegoś czasu, ale po Wilku stepowym bałam się, że nie wpasuje się w wiosenną aurę i bardziej mnie przygnębi niż podniesie na duchu. Z drugiej strony, nie miałam wobec tego spotkania oczekiwań takich jak podnoszenie na duchu, poprawienie nastroju czy wskazanie właściwej drogi, więc te obawy same w sobie okazały się nieistotne. A że w niedługim czasie poleciły mi ją aż trzy osoby, to już nie mógł być przypadek.

siddharta

Na początku zdziwił mnie język i sposób narracji, w którym napisana jest ta powieść. W zasadzie nie miałam żadnych oczekiwań i znając z grubsza tematykę, nie powinnam być zaskoczona, a jednak. Ten przypowieściowy, przywołujący na myśl biblijne czytania, sposób pisania sprawił, że poczułam się jak małe dziecko, któremu ktoś próbuje wytłumaczyć świat. I troszkę mnie to zaskoczenie drażniło, ale ostatecznie dałam się porwać tej prostocie i całej historii.

Siddhartę poznajemy jako młodego bramina, który postanawia odejść z domu rodzinnego, by odnaleźć wewnętrzny spokój. Wyrusza więc w podróż, najpierw dołączając do samanów - ascetów, by następnie poznać samego Gautamę i odrzucić możliwość bycia jego uczniem, poprzez życie bogatego kupca, korzystającego z uciech cielesnych i materialnych, na spokojnym i spełnionym bycie kończąc. Można powiedzieć,że takich historii w świecie literatury, ale i w rzeczywistym poznajemy wiele, ale to, co czyni tę wyjątkową jest odwaga i umiejętność słuchania siebie, głównego bohatera. 

I choć ta książka nie zmieniła mojego życia, to w pewnym sensie przypomniała o tym, że każdy popełnia błędy i każdy ma szansę się z nich podnieść. To takie banalne, ale to nie jest powieść, o której umiem cokolwiek ładnie napisać. Wydaje mi się, że sięgając po nią czytelnik dostaje możliwość spotkania się z samym sobą, zagłębienia się w siebie i doświadczenia intymnej relacji z samym sobą. Ech, na tym zakończę...

Moja ocena:6/6

21:22, nostoja
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Od pewnego czasu, jestem bardzo łasa na nowości. Zakupuję je taczkami, ale prawda jest taka, że muszę dojrzeć na półce jak banany z supermarketów, zanim ostatecznie po nie sięgnę. I jakże wspaniała jest świadomość, że książki nie mają terminu ważności. Jedną z takich przeleżanych nowości są Dziewczyny Emmy Cline.

 dz

Dziewczyny to bardzo udana próba przedstawienia, jak mogło wyglądać przebywanie w sekcie Charlesa Masona. Jak jego sekta funkcjonowała, jak łatwo było się poddać jego charyzmie. Cline zrobiła to w sposób niewymuszony i bardzo przekonywujący, nie odczułam żadnego zgrzytu, nie znalazłam nie pasującego puzzla, a sporo obejrzałam o tej słynnej a w zasadzie dziś już kultowej sekcie.

Na początku miałam problem z językiem. Zdania budowane przez amerykańską pisarkę cechuje pewna niezgrabność, brak rytmu, szorstkość. Ale gdy już się do tego przyzwyczaiłam, zaczęłam podziwiać tę dziwną budowę. Smakowałam te zdania i dłużej obracałam je w ustach.

Największym atutem tej powieści jest żywość emocji i obnażenie niepozorności zła. Ta namacalność zła jest przerażająca. Mam wrażenie, że nie tylko się o nie otarłam, ale że ono we mnie przeniknęło i już próbowało osadzić się na stałe, wymościć gdzieś z tyłu głowy a nawet w sercu. Wszystko to podszyło się lękiem i jakimś wszechogarniającym smutkiem i nie mogę tego zrzucić. Przerażająca jest myśl, że tak bardzo można być złaknionym akceptacji i poczucia bezpieczeństwa a znaleźć je w najmniej odpowiednim miejscu. że to pragnienie, ogłusza i zaślepia, nie pozwala dostrzec niebezpieczeństwa, odpycha od miejsc, w których, to czego szukamy niewątpliwe jest. Straszne. I istnienie możliwości rozbudzenia fascynacji czymś, co powinno jedynie odpychać, drażni, niepokoi a jednocześnie wydaje się zrozumiałe. Nie spodziewałam się, że ta książka, tak popularna, tak kusząca ciepłem okładki, będzie jak zetknięcie się z lodowatą wodą i wrzątkiem, zaraz po. Oparzyłam się i krem Nivea nic na to nie pomoże. Bo w tej całej historii nie znalazłam choćby cienia obietnicy ukojenia. 

Jak widać mnie ta powieść pochłonęła. Znowu niespodziewanie. Podeszłam do niej jako do ciekawostki a dostałam coś wyjątkowego, kruche a jednocześnie mocnego. Jestem już nudna, znowu polecam.

 

Moja ocena:6/6

20:23, nostoja
Link Komentarze (3) »
środa, 05 kwietnia 2017

Myślałam, że moim pierwszym spotkaniem z tym autorem będzie Dygot. Ale skoro oczy czytelnika i zachcianki są nieprzewidywalne, to co dopiero sytuacje kiedy ktoś nam powie, że wow, że warto.

ślady
Ślady są zbiorem opowiadań, czyli czymś z czym ciężko zawsze mi się zmierzyć. Ale Ślady się łączą postaciami, miejscami, uczuciami, losami, językiem i ostatecznie są całością. Niczym powieść podzielona na rozdziały. Pokochałam ten zbiór w pierwszej kolejności za język, który od razu mnie ujął. Przepływa od razu przez spojówki do głowy, obrazy zarysowane przez język wyświetlają się na ekranie wewnętrznego czoła. Czułam każdym nerwem, każdym włoskiem na ciele uczucia postaci, miejsca i ich historie.


Ale też nienawidzę tej książki. Za ten ciężar smutku w niej wyłożony. Ze tę kruchość życia, odarcie go z wyjątkowości, bo wszyscy kończymy tak samo. Za tę przeszłość i ludzi, którzy otaczali bohaterów, którzy zostawili w nich nie tylko ślad, ale skierowały wszystkie ich dążenia, bezruch w jednym określonym kierunku.


I gdy tak się na tę książkę gniewałam, złościłam i piekliłam. Przyszło ostatnie opowiadanie. Mówiło o tej nieuchronności, która przetaczała się przez wszystkie strony, o końcu, od którego nie można uciec. Ale w jaki sposób? W jaki cholernie cudny, miażdżący, nowatorski sposób. I znowu się zakochałam, choć musiałam się już z nią rozstać. Ale ten sens, który w nim znalazłam, ta piękność współistnienia życia i śmierci w jednym człowieczym ciele, urzekła mnie tak, że przełknęłam gorycz rozstania.

 

Polecam z całego serca. Mamy cudownych, młodych, zdolnych autorów w tej naszej szarej Polsce.

 

Moja ocena:6/6

21:05, nostoja
Link Komentarze (2) »
niedziela, 02 kwietnia 2017

Ostatnio jestem w niedoczasie i nie nadążam ani z czytaniem, ani z pisaniem, ani z odwiedzaniem moich ulubionych blogów. Jednakże dziś przychodzę z książką, którą nie tak dawno skończyłam czytać. Tą powieścią jest Terror Dana Simmonsa, zupełnie przypadkowy wybór, niesamowite zaskoczenie i rozkosz odczuwana do ostatniej strony.

1

Simmons za przedmiot swojej powieści obrał niewyjaśnioną, tragiczną wyprawę badawczo-poszukiwawczą, która miała miejsce w 1845 roku. Na tę wyprawę wyruszono dwoma statkami, HMS Erebus i tytułowym HMS Terror, w poszukiwaniu morskiego Przejścia Północno-Zachodniego. Autor oprócz rzeczy, które prawdopodobnie spotkały członków wyprawy, zmaganie się z przepływaniem przez lód, z zimnem, samotnością, lękami, chorobami wynikającymi z niedożywienia czy zmianą klimatu, dodaje inne zagrożenia, nadprzyrodzone, mityczne, w postaci przypominającego białego niedźwiedzia potwora.

Ta nadprzyrodzoność, ten potwór, może na pierwszy rzut oka wydawać się dodatkiem kiczowatym, który może spłycić opowieść, nadać jej znamiona banału. A jednak sprawia, że historia ta nabiera głębi, pustka i ogrom otaczającego statki lodu staje się dzięki temu, wręcz fizycznie namacalna, a jednocześnie trudniejsza do ogarnięcia i zrozumienia. Oczywiście ten wspomniany potwór nie jest głównym bohaterem Terroru, nie odciąga naszej uwagi od tego, co moim zdaniem najważniejsze, czyli od nakreślenia siły nadziei i woli życia.

Terror, dzięki podziałowi na rozdziały, w których większość członków wyprawy dostaje głos, pokazuje różnorodność ludzkiego życia. Wspomnienia, marzenia, tęsknota przeplatają się z walką o przetrwanie i trudami każdego dnia w niesprzyjających warunkach, niezmiennym obrazie przyrody. Co zaskakujące bohaterowie Simmonsa cechują się stałością charakteru, która nie zmienia się drastycznie pod wpływem ciężkich wydarzeń, realnego zagrożenia życia. Jednocześnie ta stałość nie wydaje się sztuczna, bo nie jest też czarno-biała. A dodanie postaci potwora okazuje się zabiegiem bardzo przemyślanym, nie mającym budzić grozy jako takiej, tylko dawać nam punkt od.niesienia do kolejnych rozważań.

Jestem zachwyconą tą lekturą. Ukochałam sobie postać kapitana HMS Terroru Francisa Croziera, zafascynowała mnie Lady Cisza - eskimoska, która przedstawia ten mityczny, dziki świat Arktyki, tajemnicę i siłę. Wspaniałe opisy trzaskającego lodu, oślepiającej bieli, dni bez słońca, przejmującego mrozu. Cieszy mnie niezmiernie fakt, że lektur, tak przypadkowa, okazała się tak dobra.

Moja ocena:6/6

 

Tą lekturą zaliczam sobie Na wodach oceanu, z Wielkobukowego wyzwania 2017.

12:00, nostoja
Link Komentarze (3) »
sobota, 11 marca 2017

Zachwycona pierwszym spotkaniem z prozą Flanagana, postanowiłam natychmiast sięgnąć, po drugą, ostatnią dostępną w mojej bibliotece pozycję. Tak w moje ręce trafiło Klaśnięcie jednej dłoni. To, co zaskoczyło mnie już po pierwszej przeczytanej stronie, to fakt, że jest ono napisane zupełnie inaczej niż Ścieżki północy, raczej nie rozpoznałabym, że to ten sam autor.

Klaśnięcie jednej dłoni rozpoczyna się opisem śnieżycy i swoistej ucieczki od swojej rodziny, Marii Buloh. Opuściła ona swoją trzyletnią córeczkę Sofię i męża Bojana, który pracuje jako jeden z budowniczych tam wodnych na Tasmanii. Rodzina Bojanów pochodzi ze Słowenii i wraz z licznymi imigrantami przybyła do Australii w poszukiwaniu szczęścia i lepszego życia, ale bardziej celnym powodem wydaje się chęć ucieczki od traum i demonów, które przyniosła ze sobą II Wojna Światowa. Ciężar tej opowieści został osadzony na relacji ojca i córki, i to ona jest dla mnie głównym jej bohaterem.

Tak jak pisałam na początku, styl Flanagana jest tutaj zupełnie inny. Zdania są dłuższe, bardziej poetyckie, bardzo obrazowe, przez co czyta się trochę mniej płynnie, bo na barkach osiada nam cały ciężar wspomnianej relacji. Budowa rozdziałów, tytułowanych rokiem opisywanych wydarzeń, buduje napięcie, rozbudza ciekawość, pozwala nam lepiej rozumieć postępowanie bohaterów i ich sytuację. 

Ta powieść, przyniosła mi dużo smutku. Czułam się głęboko poruszona tą historią, opisem różnych wydarzeń z okresu Wojny, podejmowanymi próbami bohaterów, by poprawić swoją relację, walką o miłość. Niesamowite z jakim zrozumieniem i mądrością, Flanagan przedstawił znaczenie wpływu przeszłości na życie bohaterów, do czego prowadzi jej nieprzepracowanie, próby zapomnienia, nieumiejętność pogodzenia się z tym, co się wydarzyło. Po raz drugi nie umiałam oprzeć się wrażeniu, że australijski pisarz posiadł wiedzę o życiu, jego prawach i biegu.

Podsumowując, jestem zachwycona. Ale nie w taki radosny i entuzjastyczny sposób, bardziej melancholijny i nostalgiczny. W każdym razie to drugie spotkanie już całkowicie utwierdza mnie w postanowieniu, by przeczytać jego kolejne książki.

Moja ocena:6/6

17:31, nostoja
Link Komentarze (2) »
czwartek, 09 marca 2017

Bezsenne wyzwanie Wielkobukowe, dzięki kategorii Dom pełen duchów zaowocowało moim spotkaniem ze Scottem Smithem i jego Ruinami

ruiny

Ruiny, to w moim odczuciu horror bardzo popkulturowy. Mamy tutaj czwórkę przyjaciół, Amerykanów, których poznajemy w trakcie ich urlopu w Meksyku. Ponieważ są młodzi, dużo czasu spędzają na imprezowaniu, opalaniu i poznawaniu nowych ludzi. Jednymi z nich są, Niemiec - Mathias oraz trzech Greków. Okazuje się, że brat Mathiasa, wyruszył w pogoni za nowo poznaną dziewczyną, młodą archeolożką, na opisane przez nią miejsce wykopalisk. Ponieważ zbliża się czas powrotu obu Niemców do domu, Mathias pokazuje mapę zostawioną mu przez brata dwójce Amerykanów - Jeffowi i Amy. Tak pojawia się pomysł wyruszenia jego śladami. Od samego początku wiemy, że ta podróż nie skończy się dobrze. Nasi bohaterowie docierają do wzgórza porośniętego winoroślami o czerwonych, pięknych kwiatach. Przed wejściem na nie próbują ich powstrzymać okoliczni Majowie, co się jednak nie udaje. Jak się potem okazuje, gdy już raz wejdzie się na teren znaczony wspomnianymi roślinami, Majowie nie pozwolą go opuścić.


Ta historia jest wciągająca. Choć od początku wiadomo, jak się skończy, przeczuwa się przynajmniej. Były momenty, że naprawdę czułam niepokój, a nawet trochę się bałam. Ale całościowo jest dość sztampowa, postaci są bardzo przewidywalne. Można wręcz powiedzieć, że są czarno-białe. Nawet straszne przeżycia, oddech śmierci na karku, nie zmieniają ich charakteru. Wszelkie ich rozważania są zamknięte w ciasnych ramach, tego, co kiedyś gdzieś usłyszeli, przeczytali, zobaczyli w filmie. Scott stworzył sobie tą historią niesamowite pole do wprowadzenia jakiejś głębi, stworzenia bogatych portretów psychologicznych, ale go nie wykorzystał. Co więcej jedną z postaci już na początku przygwoździł do łóżka, oddał pod opiekę innych, ale nie podjął się przedstawienia jej rozważań, uczuć, zupełnie odebrał jej głos, a właśnie one wydawały mi się najciekawsze. Cóż, temu bohaterowi przyszło grać drzewo.


Reasumując, jest to ciekawy horror, spełniający swoją rolę, jeśli chodzi o uczucie strachu czy niepokoju. Ale na tym można skończyć. Nie zachwyca, nie zostaje na dłużej (chociaż, gdzieś tam to uczucie niepokoju, tajemnicy zostaje pod skórą), a wręcz rozczarowuje.


Moja ocena:3/6

22:27, nostoja
Link Komentarze (2) »
sobota, 04 marca 2017

Z Olgą Tokarczuk mam dość dziwną, choć bardzo długą relację. Należy ona do autorów, z którymi rozpoczęłam bardziej poważną przygodę z literaturą. Już od pierwszych stron Prowadź swój pług przez kości umarłych wrócił do mnie klimat pierwszych jej powieści, które przeczytałam i którymi zachwycam się do dzisiaj, czyli Podróż ludzi księgi oraz Prawiek i inne czasy. Tylko, że w czasie lektury, gdzieś do się zagubiło i nie do końca czuję się tą pozycją ujęta.

tokarczuk

Powieść ta doczekała się ekranizacji i może dlatego zdecydowałam się w końcu po nią sięgnąć. Chociaż wiedziałam, że książka ta wpisuje się gatunkowo w kryminał, to i tak dałam się zaskoczyć, że zagadkę morderstw, które zostają tutaj przedstawione, można tak zgrabnie, interesująco i zajmująco przedstawić w pierwszoosobowej narracji. Oczywiście nie jest to klasyczna kryminalna historia, mamy tutaj mnóstwo rozważań na temat zwierząt i uzurpowania sobie władzy nad nimi przez człowieka. W zasadzie jest to powieść o życiu w zgodzie z naturą, o tym, czy możliwe jest uzyskanie harmonii, o możliwości współistnienia człowieka i zwierząt, bez konieczności ich zabijania.

Klimat tej powieści jest przesączony pewną tajemniczością, budowany poprzez rozmyślania naszej narratorki, Janiny. Tempo jest niespiesznie, choć momentami leci na łeb na szyję. Bohaterka Tokarczuk budziła we mnie zarówno sympatię, jak i antypatię. Zdawało mi się, że już coś o niej wiem, że już ją rozgryzłam, zbliżyłam się do niej, gdy jakimś przemyśleniem, czynem znów rósł między nami mur niezrozumienia i bezpiecznego dystansu.

Podsumowując, uważam to spotkanie za udane. Czuć, że jest to powieść Olgi Tokarczuk, mówi o tym język, charakterystyczne rozważania, w których nie brak, godnych miana perełek, cytatów. Ale to jest jednak Tokarczuk, jedna z moich pierwszych czytelniczych miłości, więc pozostał mi pewien niedosyt.

Tą pozycją, postanowiłam sobie zaliczyć kategorię Polska dusza z Wielkobukowego wyzwania Olgi.

 

Moja ocena:4/6

13:33, nostoja
Link Komentarze (3) »
sobota, 25 lutego 2017

Za pomocą tej książki zaliczyłam kolejną kategorię Wielkobukowego wyzwania 2017 W Krainie Kangurów. Nawet nie umiem wyrazić jak bardzo się cieszę, że w końcu sięgnęłam po twórczość tego autora i wciąż zastanawiam się dlaczego tak długo czekałam.

Kolejny raz ucieknę od opisywania o czym jest to powieść, bo mówili i pisali o niej już chyba wszyscy. Zacznę natomiast od tego, że nie mam do czego się przyczepić. Ta historia mnie wciągnęła, wzbudziła ogrom emocji, od uśmiechu, smutku, po takie uczucia jak obrzydzenie, zniesmaczenie, lęk i rozczarowanie. Zachwycił mnie język, którym Ścieżki północy zostały napisane. Nie jest on wymagający i w pewnym sensie prosty. Metafory jakimi posługuje się Flanagan są momentami trywialne, ale trafiają w punkt, który okazuje się umieszczony, gdzieś w środku człowieka i wszystko. co w nas, zostaje wzburzone i poruszone.

Nie ukrywam, że najbardziej dałam się porwać historii miłosnej, będącej w moim odczuciu, tym, co napędziło całe życie głównego bohatera Dorriga. Gdy czytałam jak jego romans z Amy został przedstawiony, jak opisane zostały uczucia, które im towarzyszyły, wierzyłam w to wszystko całą sobą. I choć zajmuje ta historia gdzieś jedną trzecią powieści, to czułam ją prawie na każdej stronie.

Flanagan pisze tak, jakby posiadał wiedzę i odpowiedzi na pytania: Czym jest życie?, Czym jest miłość?, Jaki jest sens naszego postępowania?. Jednocześnie dając nam pole do własnych poszukiwań. Jestem zakochana w tej powieści, ale tak jak w przypadku miłości do Irvinga, o tym uczuciu znacznie ciężej mi się pisze. Bo wszystko po tej powieści, jakby we mnie wiruje, majaczy jakimś takim wszechogarniającym smutkiem i pytaniem Dlaczego?. Taki dopadł mnie melancholijny stan, a jednocześnie chcę więcej i wiem, że dostanę, bo przecież czekają na mnie jeszcze trzy jego powieści.

 

Moja ocena: 6/6

14:29, nostoja
Link Komentarze (2) »
piątek, 17 lutego 2017

Jestem zadziwiona sama sobą, że tak dobrze idzie mi z Bezsennym wyzwaniem Wielkiego Buka. Spodziewałam się raczej, że będzie ono dla mnie nie aż tak atrakcyjne. A tutaj kolejna powieść, Wywiad z wampirem i jak łatwo się domyślić wpisuję go w kategorię Uniesienie krwiopijcy.

1

Nie będę przybliżać fabuły tej powieści, bo nawet jeśli ktoś jej nie czytał, to pewnie widział jej ekranizację z Tomem Cruisem oraz Bradem Pittem. A ekranizacja ta, teraz kiedy znam już książkę, jest naprawdę wierna i znakomicie oddaje klimat pierwowzoru.

Podchodząc do tej książki, założyłam ze względu na temat wampirów, będzie się ją czytać błyskawicznie i dość bezrefleksyjnie. Na szczęście tak nie było. Jak ostatnio gdzieś usłyszałam, czytając ją można uwierzyć, że wampiry istnieją gdzieś wokół nas. I naprawdę trudno jest się od takiego wrażenia uwolnić. Anne Rice bardzo wiarygodnie, z właściwą dawką emocji buduje portret psychologiczny Luisa, jego rozterki, jego nieumiejętność odnalezienia się w nowej postaci, próby pogodzenia tego, co ludzkie z tym, co wampirze. Trochę mniej wnikliwie, ale równie ciekawie przedstawia ona tragedię Claudii, kobiety wampirzycy zamkniętej na wieczność w ciele pięcioletniej dziewczynki. Dla mnie jest to swoisty obraz poszukiwania kobiecości, próba odpowiedzenia czym ona jest i jak się jej w sobie odnajduje.

W tej powieści zachwyciły mnie również opisy. Głównie, (o zgrozo!, znowu) kwiatów, zapachów. Bardzo mocne są fragmenty pełne napięcia seksualnego, erotyki, ale wprost nieodnoszące się do aktu seksualnego. Ta namiętność ma swoje źródło w głodzie krwi i Anne Rice mistrzowsko, korzystając ze znanych nam pragnień, pożądań przekłada to na wyrażenie wampirzego głodu.

Jeśli ktoś ceni sobie film, jego klimat, pewną nostalgię oraz romantyzm to książka go nie zawiedzie. Co więcej jeszcze bardziej przybliży "los wampira", cenę wieczności, samotność. Ja jestem zadowolona a nawet momentami odczuwałam zachwyt. Polecam.

 

Moja ocena:5/6

10:31, nostoja
Link Komentarze (2) »
czwartek, 09 lutego 2017

Trochę przeleżała ta książka na mojej półce, ale poza tym, że ubóstwiam książki i lubię wśród nich przebywać, to nie mam skłonności do przypisywania im uczuć (jak to się czasem robi z ukochanymi zabawkami z dzieciństwa), czyli nie zakładam, że jakoś jej z tego powodu przykro. Wegetarianka nie jest powieścią obszerną, ma zaledwie około 165 stron, więc jej lektura zajęła mi niewiele czasu.

1

Nie tylko mała ilość stron napędza tempo czytania, ale również język. Zdania są krótkie i w zasadzie przez tę książkę się przebiega. Choć można założyć, że skoro szybko się ją pochłania, to równie szybko się o niej zapomina, to na szczęście tak nie jest. Wegetariankę można podzielić na trzy części, bo właśnie przez trzech narratorów snuta jest opowieść. Pierwszym z nich jest mąż tytułowej wegetarianki-Yŏng-hye, który jest postacią dość antypatyczną. Jego uczucia względem żony są wyważone i trudno nazwać je miłością, są raczej przywiązaniem i cechują się pewną akceptacją status quo.

Kolejnym narratorem jest mąż siostry Yŏng-hye, który jest artystą. Zajmuje się kręceniem filmów poruszających tematykę o kondycji człowieka w postkapitalistycznym świecie. Jednak gwałtowne odrzucenie przez jego szwagierkę diety mięsnej, jej dziwne zachowanie oraz fakt, że posiada ona tzw. mongolską plamkę na ciele, wyzwala w nim uczucie pożądania względem niej. Odnajduje on w tej nagłej namiętności możliwość realizacji pewnego projektu, który chodzi mu od dłuższego czasu po głowie. Jakie wynikną z tego konsekwencje musicie przeczytać sami. Ostatnim autorem relacji wydarzeń, jest siostra Yŏng-hye. Cechuje ją pewna wypracowana dobroć, zaradność i uporządkowane życie. Spełnia ona rolę opiekunki siostry i choć zupełnie nie rozumie na początku jej zachowania, z czasem dostrzega, że są one próbą uzyskania wolności nad własnym życiem.

Wegetarianka z początku jawiła mi się jako bardzo dziwna opowieść. Z czasem jednak zaczynamy dostrzegać, że zmiana diety bohaterki na bezmięsną, wykluczająca w zasadzie wszelkie produkty pochodzenia odzwierzęcego, jest tylko punktem wyjścia do snucia historii o wolności. Kolejne wyrzeczenia Yŏng-hye stawiają przed nami pytania jak daleko można postawić granicę w dążeniu do pewnego rodzaju odczłowieczenia, by tę niezależność, wyzwolenie od wszelkich konwenansów i oczekiwań osiągnąć. Jak również, gdzie zaczyna się zwierzę a kończy człowiek, czy istnieje możliwość wyzwolenia poza śmiercią?

Ta krótka powieść jest bardzo dobra. Intrygująca, pełna ledwie namacalnego niepokoju, drażniącego nasz umysł na podobieństwo gęsiej skórki. Jesteśmy połechtani, zaciekawieni, próbujemy zrozumieć postępowanie bohaterki, a łapiemy się na tym, że zastanawiamy się nad własnym życiem i jego wyborami. 

Moja ocena:5/6

11:54, nostoja
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
Blogi, które czytam
Książki przeczytane w 2013
Książki przeczytane w 2014
Książki przeczytane w 2015
Książki przeczytane w 2016
Książki przeczytane w 2017